Tym razem podróż do Hiszpanii, nie było mnie tu dawno. Właściwie to odwiedziłem tylko wyspę Majorkę i charakterystyczną Barcelonę, nie są to miejsca reprezentacyjne dla tego kraju, więc czas na coś bardziej konkretnego. Bilety zakupione dużo wcześniej, mam plan na trzy dni, dosyć łatwy do zrealizowania.
Wspomnę jeszcze, że wpis ten jest pisany na nowo, po ponad roku, jako jedyny zaginął podczas przenoszenia bloga na inne serwery. Dlatego jego styl może być nieco 'po łebkach’. Będę się starał, najważniejsze są zdjęcia , a one przywracają wspomnienia.


Jest końcówka listopada, więc o kąpieli i opalaniu można zapomnieć, nawet na południu Hiszpanii. Tzn. jeżeli chodzi o wystawianie ciała na działanie promieni słonecznych, to tu można się o to pokusić w jakimś zaciszu i przy wysokiej pozycji słońca, jednak królują kurtki i bluzy. Zdjęcie wyżej przeczy jednak mojemu stwierdzeniu, jak i jednocześnie je potwierdza. Azjatycka turystka w kurtce, a w tle jakiś lokals bez ubrania, oddaje się lenistwu na plaży…

Doleciałem w godzinach popołudniowych, więc szukam swojego lokum na najbliższe dni. Tym razem miejscówka jest nieco archaiczna, w drewnianym domu mojej babci tynki na ścianach były lepsze, ale będę tu tylko spał. Plany zakładają maksymalne wykorzystanie czasu. Ruszam więc w stronę centrum i starego miasta.

Malaga jest całkiem duża, ale najważniejsze rzeczy jak zawsze blisko siebie. Na ulicach czuć zbliżające się święta, dekoracje świetnie prezentują się w nocy. Pewnego wieczoru trafiłem nawet na inaugurację iluminacji bożonarodzeniowej.


Lampki na drzewach mandarynkowych? Czemu nie, chyba nie myślicie, że Jezus dorastał wśród jodeł i świerków, a Ewa zjadła na pewno jabłko. Zmierzam na małe wzgórze widokowe po wschodniej stronie miasta. Jest tam park i mnóstwo ścieżek, będzie można odetchnąć świeżym powietrzem i co nieco zobaczyć.


Z tego punktu jest również dobry widok na część miasta w której znajduje się arena przeznaczona do walk z bykami. Nie będę opowiadał się za żadną ze stron, ale czytałem kiedyś dobrą książkę o korridzie, która omawia ten temat bardzo obiektywnie: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/110659/korrida-taniec-i-krew


Zawędrowałem do kompleksu twierdz i zamku Giblarfaro, obie te atrakcje na jednym bilecie, więc tak zapełniłem sobie czas. Teren budowli położonej na wzgórzu, przypominał mi nieco gry z serii Assassin’s Creed, gdzie czasem skradamy się od jednej baszty do drugiej, pokonując drogę po murach. Tu wyglądało to podobnie.

Natomiast niżej położona Alcazaba, ma nieco inny charakter, więcej tu roślinności, teren również jest okazalszy. Generalnie nie chodzę po tego typu zabytkach, ale tu byłem zadowolony. Raz na jakiś czas można.


Dalsza część wieczoru, to spacer po mieście. Mijałem nawet jakieś pokazy policyjnego sprzętu. W porcie natomiast jacht z polskimi korzeniami, nie pamiętam do kogo należał, ale napisy na nim świadczyły o naszym rodaku.


No dobrze, zacznę delikatnie, zaplanowałem sobie wycieczkę do mniejszej mieściny o nazwie Nerja. Łatwo tu dojechać, trasa wiedzie przy morzu, na miejscu ciekawe szlaki i kameralna plaża.



Mimo późnej pory roku, zwiedzających było dużo. Taki już chyba urok tych rejonów, w końcu z dużych miast mogą sobie po prostu lokalni ludzie tu przyjeżdżać. Ja kieruję się w stronę jaskiń i zabytkowych mostów.




W zasadzie mosty były dwa, jednym przechodziłem, a drugi to raczej akwedukt widziany z daleka. Oddaliłem się kawałek od centrum, docieram to kompleksu jaskiń, gdzie rozpoczyna się szlak na okoliczne wzgórze.


Pico del Cielo, to mój cel. Właściwie wiem dokładnie, że tam nie dotrę, ale co mi szkodzi spróbować wejść jak najdalej. Mam chrapkę na widoki, kondycja po wakacjach jeszcze sprzyja.


Z początku szlak jest banalny, mijają mnie nawet rowerzyści, potem robi się nieco bardziej wymagająco, ale krajobraz wynagradza trudy. Dalej pojawiają się skróty, można ominąć parę serpentyn.



Monitoruje czas potrzebny na pokonanie drogi powrotnej, daleko już nie zajdę. Myślę że i tak wszedłem wysoko, zwłaszcza że zmierzałem tu z poziomu morza. Krótki odpoczynek, zaczęło mi doskwierać kolano. Spotkałem się z tym rok temu na Maderze, ale szybko mi przeszło. Tu jednak będzie inaczej.

Wróciłem do miasteczka, robiło się powoli ciemno, autobus przyjechał na czas. Dzień wykorzystałem do maksimum. Wieczorem pora na krótki spacer, czuć przedświąteczny klimat. Wtedy właśnie trafiłem na mały festyn, o którym już wcześniej wspominałem, szkoda że w Polsce nie robi się czegoś takiego.




A może mamy coś takiego, tylko ja po prostu o tym nie wiem. Sprawdzę to w tym roku, bo niedługo grudzień. Czas odpocząć przed kolejnym dniem, muszę wstać z samego rana, dobrze że dworzec mam niedaleko miejsca mojego zamieszkania, taki jest chyba jedyny plus tego 'apartamentu’ 🙂




Wybieram się na Gibraltar, jest to wysunięty skrawek kontynentalnej Europy, ale nie najdalszy, stąd już tylko rzut beretem do Afryki. Podróż trwa jakieś półtorej godziny, mogłem jeszcze nieco pospać, czytałem o korkach przy przekraczaniu granicy, ale tego dnia raczej ich nie będzie. Gdy docieram na miejsce jest rześko, słońce jeszcze nie całkiem wstało.

Jest wiele atrakcji związanych z tym terytorium, zależnym od korony brytyjskiej. Tak, zaliczę przy okazji ten kraj, przynajmniej formalnie, teraz już wiem, ale wtedy nie miałem o tym pojęcia, że niedługo odwiedzę również stolicę Wielkiej Brytanii, całkiem przypadkowo. Dosyć tych spoilerów, wracamy na Gibraltar i The Rock.

Tak przynajmniej mówią o tym masywie mieszkańcy i turyści. Góra zajmuje znaczą część tego miejsca, jest poniekąd rezerwatem przyrody. Mój dzień zaczął się od obejścia formacji od wschodu. Do pokonania kawałek drogi, całkiem urokliwy.


Napotkałem mały problem, chwilę poczekałem skonsternowany, bo nie chciałem zawracać, ale jacyś biegacze jak gdyby nigdy nic ruszyli tunelem, więc ja za nimi. Było pobocze, dosyć ciekawy widok od środka, jakieś 5-10 minut i byłem po drugiej stronie. Mój cel to przylądek najdalej wysunięty na południe, oraz pomnik Władysława Sikorskiego upamiętniający katastrofę lotniczą.


Z tego miejsca już niedaleko do skały, trzeba tylko pomanewrować uliczkami, potem ostro pod górę i jest wejście do rezerwatu, sam jego teren jest dosyć duży. Przy kupnie biletu dostajemy mapkę, na szczęście działa tu również nawigacja.

Jest tu gdzie spacerować, są fragmenty bardziej wymagające, a także nieco mniej, dojeżdżają tu również busiki z wycieczkami. Na górze jest bardzo wietrznie, wysokość robi swoje. Widoki są spektakularne.


Jednym z miejsc wartych odwiedzenia, jest O’Hara’s Battery, są to pozostałości wojskowych zabudowań z ogromnym działem, a także urządzenia towarzyszące, udostępnione dla zwiedzających. Dla mnie niezbyt ciekawe, ale znam ludzi którzy spędziliby tu znacznie więcej czasu.


Moim głównym celem są tu małpy, nie widziałem tych stworzeń nigdy w życiu, poza ogrodem zoologicznym. Na skale trzeba na nie uważać, nie należy ich dotykać, bo mogą być agresywne i zrobić krzywdę dziecku. Nie powinno się ich karmić, to wiadomo, ale nie każdy tego przestrzega.


Ciekawe przeżycie, zwierzęta te wydają się niesamowicie znudzone nami, ale uwaga, potrafią ukraść co nieco, więc na to również trzeba uważać. Zobaczyłem co chciałem i jakoś nie zapałałem miłością. Dziwne zwierzęta, niektóre miały dużo dziwnych tworów na ciele, zapewne przenoszą choroby i niechciane owady. Teraz pisząc to, jestem już po trzech wyjazdach, gdzie małpy spotykałem, więc od Gibraltaru się zaczęło. Nie odmówię sobie jednak małego selfiaczka i uwaga, to moje jedyne zdjęcie na całym blogu!


Zmierzam pod ziemię, wszystko tu jest w cenie głównego biletu, więc korzystam. Jaskinia św. Michała oferuje nam fenomenalny spektakl z oświetlonymi laserowo stalagmitami i stalaktytami. Można usiąść na wielkiej widowni i obejrzeć pokaz z muzyką. Zrobiło to na mnie duże wrażenie.


Kieruje się na północ w stronę wieży widokowej, położonej w jednym z najwyższych punktów skały. To cel wielu wycieczek, można podziwiać stąd krajobraz dookoła, są też małpy i szklana podłoga. Schodzę kawałek w dół, stromym zejściem i ruszam do wyjścia.



Po drodze jeszcze zachodzę do tuneli wydrążonych w celach obronnych przez brytyjskie wojsko. Całkiem ciekawe miejsce, czuć duży przeciąg ciągnący korytarzami, do zwiedzania obowiązkowo należy założyć kask.

Docieram do wyjścia, jest to północny kraniec rezerwatu, stąd można podziwiać panoramę najbardziej zaludnionej części Gibraltaru. Jeszcze jedna sprawa o której nie wspomniałem wcześniej. Aby dostać się na terytorium tego małego skrawka lądu należy przekroczyć granicę. A znajduje się ona przed pasem startowym lotniska, także musimy przejść w poprzek niego. Całkiem ciekawe doświadczenie.


Był to bardzo długi dzień, wstałem wcześnie rano, odjeżdżam stąd późnym wieczorem. Generalnie mogłem skrócić tu mój pobyt, ale miałem zorganizowany wcześniej transport. Poszwędam się jeszcze po mieście, chciałem poczuć atmosferę tego miejsca, ale nieco się zawiodłem, śródziemnomorski klimat z akcentami brytyjskimi.


Czas na dzień ostatni i wyprawę do Caminito Del Rey. Jest to wąwóz z ładnymi widoczkami, po jednej z jego stron, poprowadzony jest wiszący szlak, którym kiedyś przeprawiali się konserwatorzy tamy, funkcjonującej tu w dawnych czasach. Była tu też jedna z pierwszych elektrowni wodnych, nowatorska jak na tamte czasy. Kiedyś trasę tą odwiedził król, stąd nazwa. To tak w skrócie.


Pociągiem dotarłem do miejscowości El Chorro, potem kawałek autobusem, docieramy do punktu z którego należy się dostać na początek trasy, można to zrobić dwojako, ja wybrałem dłuższy spacer, miałem bowiem zapas czasu do mojego wejścia. Bilety kupuje się na małe parę miesięcy wstecz, trochę przegapiłem termin, zostały tylko takie z przewodnikiem.



Pierwszy raz miałem sposobność zwiedzania z kimś, kto opowiada małej grupie ciekawostki o danym miejscu. Każdy miał słuchawki, świetne doświadczenie, przynajmniej w tym właśnie miejscu. Widać po przewodnikach, że podchodzą do swojej pracy profesjonalnie.



Powyższy kadr to chyba najsłynniejsze ujęcie z trasy. Generalnie spodziewałem się w tym wąwozie jakiegoś efektu WOW, ale chyba za dużo już widziałem. Mocno przygrzewało tu słoneczko, dlatego powolutku wracałem na dworzec, aby złapać pociąg. Był jeszcze jeden powód mojego ślimaczego tempa, pod koniec trasy całkowicie wysiadło mi kolano, które nadwyrężyłem dwa dni wcześniej, cóż, przyjdzie mi się z tym zmierzyć, ale w kolejnych podróżach będę musiał się oszczędzać…


Powrót w godzinach popołudniowych, mam więc jeszcze sporo czasu aby pokręcić się po mieście. Ludzi jest dużo, czuć ten klimat.


Dużo podsumowywać nie będę. Podróż w miarę udana, choć bywały lepsze. Mogłem oderwać się od jesiennej chandry w Polsce, ale chciałbym aby było nieco cieplej, kolejny city-break będę sobie organizował nieco wcześniej, choć na razie nic konkretnego w planach nie mam. Za to myślę o dłuższych podróżach gdzieś dalej.

