Opis podróży z delikatnym opóźnieniem, 'zepsuł mi się blog’, ale biorę się za tę wyprawę zanim naprawię poprzednie wpisy, bojąc się zapomnieć szczegóły i ciekawostki. W połowie roku 2023 trafiłem na dwie ciekawe okazje, jak zawsze sam bilet, pomyślałem że czas na krótkie podróże powoli mija, kończą mi się miejsca w Europie które chciałbym zwiedzić, więc wybiorę się gdzieś dalej. I po prostu kupiłem. Wylot za długi czas, dam radę się porządnie przygotować.

Taaak… porządnie się jak zawsze przygotowałem, powtórzę się nieco, prawie w każdym wpisie to samo 🙂 Wszystko na ostatnią chwilę, nawet szczepionki. Czasem na YT pojawiają się reklamy, poradniki, szkolenia o prokrastynacji, omijam takie coś szerokim łukiem, ale chyba warto o odkładaniu czynności na dalszą przyszłość w celu poprawy humoru, bo taka jest definicja tego pojęcia, dłużej się zastanowić. Wracając do tematu wpisu, Barbados !!! Rzadko słyszałem o wakacjach w tym kraju, więc lot z Warszawy, w dobrych godzinach, z jedną przesiadką, wydał mi się bardzo apetyczny.

Wylot z samego rana, wchodzę do samolotu prawie ostatni, pewny swego miejsca, w końcu to parę odcinków na jednym bilecie. Steward na lotnisku, nieco zdziwiony, odczytuje dla potwierdzenia moje dane i odcinki: Warszawa-Amsterdam, potem Londyn i docelowo Barbados. Uśmiecham się i wchodzę na pokład, w małe kilkanaście godzin dwie przesiadki. Ah, zapomniałem wspomnieć, że na parę miesięcy przed wylotem dołożyli mi jedną 🙂

Coś wam nie gra widząc Londyn nocą? Cóż, spóźniłem się na trzeci lot… A właściwie cały samolot miał opóźnienie, a było nas parę osób. Szczęście w nieszczęściu miałem zapewniony kolejny, dzięki wspomnianej już wcześniej rezerwacji na jednym bilecie. To dobra okazja na sprawdzenie w praktyce jak to działa. Hotel również zapewniony, nawet bardzo dobry. W gratisie zwiedzanie stolicy Wielkiej Brytanii, to już sam sobie zorganizowałem.

Oczywiście wiązało się z tym bardzo dużo stresu, na szczęście nie osiwiałem. Kolejna denerwująca sytuacja wystąpiła, gdy chciałem się odprawić na poranny lot, miałem rezerwację, ale nie bilet. Nic z tego. Próbowałem na parę sposobów, również wieczorem na lotnisku. Nic nie pomagało, moja dobra kondycja psychiczna wisiała na włosku.

Z samego rana wstałem, wyruszyłem na lotnisko i udało mi się załatwić to co przyprawiło mnie o masę zmartwień poprzedniego wieczora. Zatem kierunek kolejny terminal, bo nie wiem czy wiecie, lotnisko Heathrow składa się z ich czterech, oddalonych od siebie całkiem pokaźnymi odległościami, wszystkie poznałem, jak również komunikację między nimi 🙂

Wróćmy jeszcze do Londynu. Nigdy specjalnie nie chciałem tam polecieć, a tu taka niespodzianka. Miałem dziwne wyobrażenia o tym mieście, zaczerpnięte głównie z angielskich komedii romantycznych. Filmy o 'hooliganach’ również widziałem, ale większość skojarzeń to Bridget Jones i 'Love Actually’. Szybko ogarnąłem jak tu tanio dotrzeć z lotniska i po zmroku byłem już na miejscu.

Z początku było bardzo wietrznie i dosyć chłodno. Marzyłem już o gorącym piasku, ale wpierw należy zwiedzić rzeczywiste lokacje. Moja trasa zrobiona była na szybko, wyszedłem po prostu na jednej z bardziej uczęszczanych stacji, by po wielkim okrążeniu i przejściu dwoma mostami, wrócić kolejną.

Z pespektywy czasu bardzo się cieszę, że tam trafiłem, miasto odhaczone, magnes zakupiony. Zapomniałem o Big Benie, ale resztę ciekawych miejsc widziałem, oczywiście tyle, na ile mi pozwalał czas i rozsądek. Gdy szukałem już stacji do wyjazdu na lotnisko, przechodziłem przez ulice szczelnie zapełnione ludźmi. Tłumy zwiedzających, nasze Krakowskie Przedmieście nawet się nie umywa. Wydaje mi się, że był to piątek, albo sobota, co jeszcze bardziej wpływa na intensywność ruchu imprezowo-turystycznego.

Całkowicie bym zapomniał: przejechałem się piętrowym autobusem. Innych ciekawostek nie pamiętam, albo ich po prostu nie było. Dobra, wpis miał być o rajskiej wyspie, a ja tu ględzę o perypetiach z lotem i biletem w zimnym mieście, kończymy.

Barbados to dosyć mała wysepka, w najbardziej wschodniej części Karaibów. Da się ją spokojnie objechać dobrym rowerem po ładnej drodze, ale tam nie ma obu tych rzeczy 🙂 Wylądowałem po południu, pierwszy dzień spędzę na małym rekonesansie okolicy, trzeba znaleźć jakiś market, ale najpierw kierunek plaża.

Powyższa to miasteczko Oistins, znane z targu rybnego, o czym później. Bardzo blisko lotniska, tu będę mieszkał przez cały pobyt. Mój gospodarz to totalnie wyluzowany rastaman, zresztą oni wszyscy tam tak wyglądają. Mój mały pokoik dzieli od plaży niedaleka odległość, więc jeszcze załapuje się na zachód słońca, jest piękny.

Ta plaża to Maxwell Beach, bardzo kameralna, ale ładna. Nie dam sobie za to głowy obciąć, ale przy poszczególnych zdjęciach mogę pomylić nazewnictwo, zdjęcia w google są mylące, a ja również nie podpisywałem każdego, będę się starał, ale jak wyjdzie, zobaczymy. Po zmroku ruszyłem w stronę dużego ronda, a następnie supermarketu, znajdującego się w handlowej dzielnicy miasta.

Generalnie to tereny mieszkalne płynnie przechodzą w kolejne. Nie ma wyraźnych granic. Jest bezpiecznie, mimo widoku na mapie zwiastującego uliczki zabudowanego miasta, szedłem dróżkami z małymi domkami, tam po prostu to tak wygląda. Chciałem zakupić kartę sim, ale sobie darowałem, wi-fi mi wystarczy, to ma być odpoczynek.

Rozeznałem się w lokalnej walucie, rozliczanie się tu jest wybitnie nieskomplikowane. Można płacić dolarami amerykańskimi, zaopatrzyłem się jeszcze w Polsce w drobne wartości, ale jakby co, to resztę wydadzą ci w miejscowych nominałach. W dolarach, ale barbadoskich, są dwa razy tańsze od ich jankeskiego odpowiednika, zatem dwa razy droższe od naszej złotówki, jeżeli przyjmujemy kurs 4.

O pogodzie, dwa razy w czasie jazdy autobusem przytrafiła mi się duża ulewa, przeszła gdy miałem wychodzić, kolejne spotkanie, już z małą mżawką miałem parę dni później. Cała reszta pobytu, czyli jakieś 98 procent to słońce 🙂 Jeżeli tu pada, to krótko i intensywnie, coś tam mokrego widywałem również wstając rano, ale pozostawały tylko kałuże, szybko parujące. Trafiłem w dobry sezon, to na tyle.

Kury w mieście to normalka, trochę śmieci też się zdarza. Generalnie jest tu dosyć drogo, wpływ turystów angielskich i amerykańskich, których jest masa. Taka odmiana od narodów rosyjskojęzycznych i azjatyckich, których podróżnicze upodobania są powszechnie na świecie znane.

Po co poleciałem na tą wyspę? Odpowiedź jest prosta, poplażować. Stęskniłem się za błogim leżakowaniem pod palmami, bez presji czasu i obowiązków. Tu miałem ku temu bardzo sprzyjające okoliczności. Nie będę się rozpisywał i opisywał konkretnej plaży, no może poza małymi wyjątkami. Nie chcę też robić relacji z każdego dnia, skupię się na wydarzeniach.

Na Barbadosie nie ma prywatnych plaż, aczkolwiek na niektóre ciężko się dostać. Czasem trzeba cofnąć się do miasta, czy na ulicę najbliższą linii brzegowej i obejść budynki z fundamentami daleko wysuniętymi w ocean, lub po prostu skaliste wybrzeże. Zdarza się również tak, że od strony wody jest przeznaczona strefa dla wszystkich, a po paru metrach jest dopiero teren hotelu.

Niektóre plaże mają po kilka wejść, inne non-stop bezpośrednie przejście z jezdni, tych drugich jest mniej. Całe zachodnie wybrzeże jest zurbanizowane, transport zorganizowany jest sprawnie, aczkolwiek bez luksusów, jest przecież dla lokalnych. Parę dni po prostu plażowałem w tych miejscach gdzie łatwo się dostać, czasami podjechałem kawałek, czasem spacerkiem pokonywałem dystanse.

Czy się spaliłem, oczywiście że tak. Mimo że nie jestem entuzjastą używania kremów z filtrem, bo łatwo się opalam, to w trosce o zdrowie, stosowałem je. Niewiele to dało, musiałem się często chronić w cieniu i pod ubraniem. Grzeje tu niemiłosiernie, a nieprzyzwyczajony odczuje to szybko.

Przyznam się, że czekałem trochę z przeczytaniem tej książki, w końcu nadarzyła się okazja, w dodatku idealna. Opowieści o piratach i ich ciężkim życiu, z całkiem innej, prawdziwej perspektywy. Nie muszę chyba dodawać, że całkowicie nie hollywoodzkiej.

Miałem dużo miejscówek bez tłumów, właściwie to wiele miejsc oferowało nieograniczoną przestrzeń, mimo że te wszystkie plaże nie są jakoś specjalnie duże. Nowością dla mnie było również snurkowanie. Przytargałem maskę w moim małym jak na taką wyprawę plecaku, więc wypadało by ją użyć.

Widziałem parę żółwi, mnóstwo rybek, nawet takich kolorowych. Szkoda tylko że nie mam kamerki, albo jakiejś obudowy do podwodnych ujęć, choć z drugiej strony takie atrakcje warto przeżywać na luzie, a nie martwić się o jakość nagrania.

Poniżej Rockley Beach, tu potrafiłem dojść nawet pieszo, ale chciałem wspomnieć coś dokładniej o transporcie. Są jakieś większe publiczne autobusy, ale jest ich mało. Są autobusy prywatne, tych widziałem nieco więcej. Najciekawsze jednak na wyspie są małe białe nyski przewożące ludzi przeważnie na krótkich dystansach. Nowocześniejsze niż w Polsce w czasie PRL, lecz eksploatowane do maksimum.

Zatrzymują się gdzie chcesz, często trąbią na ciebie, aby dać znać że jadą, pozwolę sobie skopiować moje spostrzeżenia które napisałem świeżo po podróży na forum podróżniczym, na temat tego typu transportu:
„Małe prywatne busiki, często mają tabliczkę taxi, ale to nie znaczy że są taksówką, taksówki hotelowe i inne mają po prostu ładniejsze i nowsze pojazdy, i nie zatrzymują się aby cię zgarnąć z drogi. Wracając do meritum, atrakcja sama w sobie, na głównych trasach jeździ ich bardzo dużo, mają tabliczkę gdzie jadą. Są to pojazdy wysłużone i zdezelowane, w środku przystosowane do szybkiego wsiadania i przysiadania w każdym wolnym miejscu. Prawie zawsze jeździ w nich pomocnik który otwiera drzwi, nagania podróżnych do wejścia, pokazuje gdzie usiąść, gdzie się przesiąść w zależności od tego dokąd jedziesz. Transport nastawiony na krótkie odcinki aby podwieźć jak najwięcej pasażerów. Pomocnik często w czasie jazdy otwiera drzwi i wyskakuje w trakcie jazdy, ma być szybko i jak najefektywniej, daje umówione znaki kierowcy pukając w karoserię lub siedzenie kierowcy, kiedy się zatrzymać itp… To on zbiera opłaty za przejazd, nigdy na początku, trzeba szybko wsiadać i jechać dalej, bo ktoś nas wyprzedzi 🙂 To trzeba zobaczyć. Nigdy nie czekałem dłużej niż 5 min na takiego busika, czasem w ciągu minuty mijały mnie dwa trąbiąc charakterystycznymi klaksonami, czy nie potrzebuję podwózki. Zgarniają z drogi, nie potrzeba przystanku. Rzadko się zdarzało, że nie było chłopaczka pomocnika (który jak już był to często po wspomagaczach), wtedy płacimy kierowcy wychodząc. W busikach jest głośna muza (reagge, rihanna, karaibsko-wiejskie mixy), widać że niektórym lokalsom to przeszkadza ale są chyba przyzwyczajeni… Są też przyciski na żądanie jak siedzisz z tyłu, ja zawsze prosiłem pomocnika , że będę wysiadał. Czasem przepuszczałem te bardziej zatłoczone już tym wszystkim zmęczony, ale i tak na kolejnych przystankach się zapełniały… Kursowałem często na linii Oistins-Bridgetown, potem Bridgetown-Holetown-Speighstown”

Tak więc to był mój główny środek transportu po południowo-zachodnim wybrzeżu wyspy. Tani, szybki, niewygodny. Takim busikiem można podjechać również z lotniska, do mniejszych miejscowości, a nawet do stolicy- Bridgetown. Dalej pewnie z przesiadkami też by się udało.

Natomiast już pełnoprawnym, klimatyzowanym autobusem miejskim, zrobiłem sobie wycieczkę na wschodnie wybrzeże Barbadosu. Jeżeli poczytacie trochę o klimacie panującym na wyspie, to dowiecie się, że ta strona oferuje całkiem odmienne wrażenia atmosferyczne. Bywa tu często mglisto, wietrznie, jest mniej słońca. Dużo bujnej roślinności, skaliste wybrzeża, dla niektórych miła odmiana od skwaru słońca, dla mnie ciekawostka. Jak parę kilometrów, inne prądy, wiatry, czy cokolwiek innego potrafi zmienić specyfikę krajobrazu. Zresztą widać to ładnie na zdjęciach.

Jest to również raj dla surferów. Trafiłem nawet na jakieś lokalne zawody. Były zdjęcia, tablica z wynikami i oczywiście całkiem duże fale.

Tego dnia było bardzo wilgotno, odjeżdżając trafiłem na dosyć długą ulewę, na szczęście przetrwałem ją w autobusie, prócz małego początku. Wcześniej jeszcze suchą stopą, zrobiłem sobie małą przechadzkę po okolicznych osiedlach i terenach zielonych.

Po szerokiej plaży radośnie biegały małe kraby. Szybko uciekały jak wyczuły, że ktoś jest blisko. Ciężko stwierdzić jak to robiły, czy czuły drgania, a może widziały, nie wiem nawet czy to właściwie kraby, czy inne gatunki skorupiaków. Generalnie spotykałem je tu wszędzie.

Opuśćmy już te melancholijne rejony. Teraz trochę o stolicy. Nie przeznaczyłem na nią całego dnia, po prostu zawitałem tam pewnego popołudnia przy okazji. Bridgetown to dość duże miasto, właściwie to według mnie nie ma tam nic wybitnego, skupiłem się na paru miejscach i tak ułożyłem trasę, aby to wszystko ogarnąć.

Zacząłem od północy, całkiem ciekawa plaża z małą ilością ludzi wypoczywających, ale niezbyt zachęcającym przemysłowym widoczkiem. Dalej kawałek szerokiej dojazdówki do miasta i kieruje się do domu rodzinnego Rihanny.

Oczywiście nikt już tam nie mieszka, nie wiem dlaczego otoczony jest brzydkim, psującym ujęcia płotem. No nie dało się zrobić dobrego zdjęcia. Mała wąska uliczka typowa dla przedmieść, na jej wylocie bar z widokiem na cmentarz.

Muszę przyznać, że wygląda bardzo oryginalnie, jeżeli weźmiemy pod uwagę typ flory, która najbardziej rzuca się w oczy. Idąc w stronę centrum, natrafiłem na wydarzenie. Był to mecz krykieta, szło mnóstwo ludzi, bilet od konika dosyć drogi, bo 90 dolarów, pewnie dałoby się taniej, ale trzeba takie rzeczy załatwiać wcześniej. Sport tu popularny, dla mnie totalnie niszowy. Rozrywki towarzyszące oczywiście obecne.

Samo centrum miasta bez rewelacji, przeszedłem jak najszybciej, był weekendowy wieczór, więc nie mogę miarodajnie stwierdzić jaki panuje tu ruch.

Był to okres przedświąteczny, dlatego zwróciłem uwagę na dekoracje. Choinki z flagami państw z całego świata, szukałem takiej w całości dedykowanej Polsce, ale nie było. Mieliśmy tylko wspólną, współdzieloną z innymi.

Okolice portowe mogą zachwycić nieco bardziej, wiadomo, łódeczki, maszty, zachody słońca, nawet okoliczna rudera wyglądała jakby kiedyś tętniło tu życie.

Jestem jak zawsze łasy na zachody słońca, tu wyglądają naprawdę spektakularnie. Często wielokolorowe, z różnymi rodzajami chmur, będzie jeszcze ich tu więcej, póki co pokaże ten z Bridgetown.

Jak już wspomniałem, czułem się tu naprawdę bezpiecznie, nawet nie byłem za bardzo zaczepiany. Najwięcej ofert dotyczyło zielska, jest tu bardzo łatwo dostępne, ale że się totalnie nie znam ani na jakości, ani na cenach, to nie skorzystałem, wcisnęli by mi pewnie jakiś zwietrzały towar 🙂 Raz dostałem ofertę na mocny biały proszek, ale już nie tak bezpośrednio. Można za to z czystym sumieniem degustować lokalne trunki.

Ten ze zdjęcia widziałem w wielu wariantach. Najbardziej klasyczny był naprawdę smaczny, coś jak red-bull, tylko bardziej ziołowy i od razu z procentami. Alkohole mocniejsze to już inna sprawa. Jest tu bardzo popularny drink zwany rum punch. Możecie śmiało znaleźć w sieci przepis, ja próbowałem w wersji na wynos, ale taki porządniejszy, odczułem po cenie. Bardzo smaczny i orzeźwiający.

Przy okazji wycieczki rowerowej zwiedziłem lokalną destylarnię Foursquare, była po drodze i miała całkiem dobre opinie. Samo oglądanie było za free, jedynie przewodnik, jeżeli ktoś ma na to ochotę, lub degustacja były płatne. Wybrałem to drugie 🙂

Barbados ma również swoją markę własną piwa, zamówić w barze coś innego niż 'Banks’ to trochę faux pas.

Jeden dzień przeznaczyłem na dwa kółka. Rower wypożyczony w szkółce surfingu, dało się jeździć, ruszam. Najpierw trochę wiejskich przedmieść, ruch znikomy, ulice czasem bardzo wąskie. Było gorąco, musiałem się porządnie smarować i zakrywać, lecz małe parędziesiąt kilometrów zrobiłem.

Tereny zielone w środku wyspy wyglądają już bardziej naturalnie, miejscami takie trochę sawanny, duża ilość krajobrazu polskiej wsi, tylko zamieńcie lipy na palmy.

Nie spotkałem żadnych dzikich i niebezpiecznych zwierząt. Właściwie to podczas całego pobytu, tylko pierwszego wieczoru, widziałem wielką, parunasto-centymetrową 'stonogę’. Myślałem że to tu codzienność, jednak nie miałem już okazji jej ujrzeć. Oprócz tego małpy, egzotyczne ptaki, typowe bezpieczne zwierzęta.

Taka ciekawostka. W stolicy wyspy, na jednej z południowych plaż, prawie codziennie wyprowadzane są konie wyścigowe wprost ze stajni do morza, w celach higieniczno-turystycznych. Kiedyś pewnie bardziej po to aby je umyć, teraz jest to również atrakcja. Tak więc wstałem rano, złapałem busika na Pebbles, bo tak nazywa się ta plaża i skorzystałem z okazji aby 'przeżyć to doświadczenie’, jak by to napisali w przewodnikach.

W rejonie mojego zamieszkania, znajdował się słynny na całym Barbadosie targ rybny. Mieści się tam wiele knajp, gdzie możemy zamówić lokalne owoce morza. To był punkt moich wieczornych wędrówek, obfita obiadokolacja, bowiem był to cały zestaw z czymś bardziej treściwym, oraz surówką, lub czymś warzywnym.

W przypadku ryby latającej, chyba najbardziej charakterystycznej pozycji w menu, dostawałem od razu zestaw przy zakupie. W pozostałych opcjach, wraz z częściowo pustym pojemnikiem czekało się na świeżo usmażoną rybkę. Ciekawy system, ale bardzo usprawniający sprzedaż i wydawanie posiłku. Próbowałem też marlina, miecznika, dolphina (to taka ryba-mahi mahi, nie ten ssak oczywiście)i kingfisha.

Jest tam jedna miejscówka Pat’s Place, do której potrafią ustawić się duże kolejki, nawet na pół godziny. Codziennie widziałem tam właścicielkę, która sobie siedziała ze znajomymi w ulubionym miejscu i po prostu czilowała. Taki styl życia, jak kiedyś u nas na wsiach ludzie wychodzili na ławeczki przy szosie, tak tu pani przyjmowała codzienną dawkę ploteczek, a co jakiś czas utarg z knajpki.

Oistins Fish Market to całkiem duży teren, oprócz parunastu punktów gdzie można zjeść lub kupić ryby, można też znaleźć pamiątki, a także inny street food. Co tydzień w piątki jest większa impreza, wtedy należy uzbroić się w cierpliwość, zajmując miejsca w kolejkach. Ja trafiłem też na jakieś śpiewy świąteczne w wykonaniu miejscowych zespołów. Muzyka całkiem inna, od tej którą można usłyszeć codziennie, np. w środkach transportu. Jeszcze o tym wspomnę.

W pobliżu była całkiem fajna plaża, gdzie kąpieli zażywało dużo miejscowych. Dobry dostęp z ulicy, miejsca parkingowe, wiele zacienionego miejsca z ławkami i żółwie to zalety Miami Beach. Byłem tam parę razy.

Jednak moim ulubionym miejscem do wypoczynku była 'Sandy Lane Beach’. Jednak dostęp do niej jest chyba najbardziej utrudniony spośród wszystkich innych plaż. Można się tam dostać od południa, wspinając się na kamienny brzeg, lub podczas odpływu przechodząc przez wąski skrawek piachu, dalej jest już łatwiej. Druga opcja to dłuższa wędrówka z miasta Holetown, ale również tu czasem należy przejść nieco po partyzancku.

W tym miejscu znajduje się słynny i drogi hotel, możecie się domyśleć jego nazwy. Duża część plaży jest ogólnodostępna, dopiero po paru metrach są tabliczki, że zaczyna się tu już strefa prywatna, ale tylko tam gdzie są leżaki. Dlaczego mi się ona tak podobała? Gdyż była duża, bez większych fal, miała pokaźną płytką część, strefa leżaków hotelowych zajmowała jej jakieś 2/3, reszta była szeroka i wolna, a także było rozłożyste drzewo z gęstymi liśćmi, zapewniające cień. Stylowe hotele w kolonialnym budownictwie, od plaży oddzielała linia drzew i właśnie ta zieloność mi się podobała. Było troszkę skuterów i innych atrakcji, ale nie przeszkadzały mi. Spędziłem tu dwa dni, mimo że kawałek trzeba było dojechać.

Myślałem przez chwilę o surfingu. Oprócz opisywanego wcześniej wschodniego wybrzeża, można spróbować tej dyscypliny na południu. Tu też kawałek terenów zwiedziłem, część rowerem, a trochę pieszo, gdyż Oistins leży w tej części wyspy. Są takie zatoczki gdzie fale są większe, ale sam bałem się trochę brać jakieś lekcje.

Powoli zbliżam się do końca relacji. Wrażenia z pobytu są naprawdę pozytywne. Ludzie są tu po prostu normalni, jak to bywa na Karaibach i w ciepłych rejonach, nieco leniwi. Na wyspie mówi się po angielsku, jednak ciężko nieraz zrozumieć ten ich język. Jest tu dosyć drogo. Wiadomo, mały teren, własnej gospodarki praktycznie nie ma, dużo trzeba importować.

Turystyka musi być dużym źródłem utrzymania dla wielu. A jest tu co robić. Całe zachodnie wybrzeże plaż i hotelów/kurortów, wiele małych apartamentów. W centrum wyspy plantacje trzciny i produkcja rumu. Wiejski charakter tych terenów podobał mi się gdy przemierzałem je rowerem. Czuć było taki spokój. Wiele budynków, działek było porzuconych, lub bardzo zaniedbanych, ale zdarza się to przecież wszędzie.

Chciałem coś jeszcze napisać o muzyce, w autobusach i busach jest wszechobecna. Kojarzycie taki sygnał syreny strażackiej, która często jest przerywnikiem między zwrotkami albo zakończeniem melodii? Tu jest nadużywana i to zdecydowanie. Bardzo często puszczane były koncerty Rihanny, to akurat miła odmiana od radiowych wersji.

Już prawie rok po tej podróży, gdy piszę to sprawozdanie, a przez ten czas poważnie zastanawiałem się nad powrotem, gdy widziałem dobre oferty na przelot. Plus jest taki, że dosyć dobrze poznałem tutejszą infrastrukturę drogową, która jest dla mnie bardzo wygodna. Wyluzowany charakter mieszkańców też pomaga. Łatwość i dostępność plaż to ważny atut, choć nie uświadczymy tu typowo rajskich, naturalnych zatoczek. Plaże mają charakter miejski, ale można znaleźć również te mniej uczęszczane.

Jak wracałem lekki deszcz zrosił ulice, na lotnisku miałem szczęście ominąć wielką kolejkę do odprawy. Karma wróciła, zapytałem panią z obsługi, czy muszę czekać w kolejce do zdania bagaży, choć miałem plecak który zabieram na pokład, w teorii powinienem to zrobić, aby dostać bilet, innej opcji nie było. Ta spojrzała na mój dwuprzesiadkowy lot, zabrała dokumenty i po chwilę wróciła z biletami na każdy odcinek oddzielnie. Miałem spokój i mogłem na luzie poczekać na samolot.

To by było na tyle. Barbados polecam każdemu, za bilet zapłaciłem 3 tysiące złotych, tyle samo to noclegi i utrzymanie. Muszę przyznać, że trochę oszczędzałem, ale jak wiadomo z moich wpisów zupełnie mi to nie przeszkadzało. W kolejnej podróży będę mógł być bardziej rozrzutny, bo już w samolocie zdałem sobie sprawę że zbliża się szybciej niż myślałem 🙂

12.08.2024

Możesz również cieszyć się:

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *