Kolejna daleka podróż, Afryka po raz pierwszy, oprócz Egiptu, Maroka i jakiegoś porządnego safari w Kenii czy Tanzanii, które to kraje chciałbym kiedyś odwiedzić, prawdopodobnie jestem tu po raz ostatni, dlaczego? O tym na końcu wpisu, taka moja subiektywna opinia. Teraz lecimy z relacją, uspokajam nic się nie stało, ale ta część świata nie przypadła mi do gustu, co się zdarza chyba po raz pierwszy, przynajmniej w takim stopniu.
Termin w którym się tu wybieram to wrzesień, czytałem że pogoda wtedy dopisuje i tak też było. Miałem mały problem z wyborem miejsca gdzie się zatrzymam, poprzednim razem objazdówka się udała, dlaczego nie miałoby być tak i tym razem.


Lot z przesiadką w Addis Abebie, przerwa między odcinkami bardzo optymalna, na dłuższym przelocie międzylądowanie w Atenach na dotankowanie i dobranie/wysiadkę części pasażerów. Jestem na miejscu, upalna pogoda, stolica kraju nie zachęca, zwłaszcza że bus dowozi mnie do miejsca gdzie sami lokalni. Tu kieruje się w stronę innego dworca z którego udaje się do Paje.

W Stone Town, głównym mieście Zanzibaru jest bowiem parę lokalizacji, gdzie skupiają się pojazdy ruszające w konkretną stronę. Transport pokrywa całą wyspę, ale nie jest łatwy w odbiorze dla przywykłego do wygód internetu europejczyka. Miałem przygotowane parę numerów, wiedziałem gdzie się skierować, więc obyło się bez większych kłopotów. Chciałem jeszcze kupić lokalną kartę sim, ale tu pojawia się problem, jej rejestracja na konkretne nazwisko jest skomplikowana i czasochłonna, około 10 minut. Do tego w okolicach lotniska jest jakieś 4 razy drożej, dlatego zrobiłem to dopiero po południu, gdy dotarłem już do mojego noclegu.

Jestem, lokalizacja bardzo fajna, okazało się że trafiłem na polską właścicielkę, można było porozmawiać. Ogarnięta dziewczyna prowadząca biznes w tym zakątku świata. Czemu jeszcze nie wspomniałem o Wojtku? Jeżeli nie słyszeliście to poczytajcie, obejrzyjcie dokument na HBO, po całej tej akcji Zanzibar wypełnił się polskimi przedsiębiorczymi turystami, spoko sposób na życie. Mój pokój jest w całkiem dużej willi, jest mur, basen, cena bardzo zachęcająca, co ciekawe ochroniarz urzędujący 24 h na dobę, pełniący rolę odźwiernego. Tu to standard, słyszy się o kradzieżach i włamaniach, w końcu ludność jest bardzo biedna, choć na mieście generalnie jest bezpiecznie, jeszcze o tym później.


Dysproporcje między osobami czerpiącymi dochody z turystyki, mówię tu o takich zwykłych krajowcach, czyli kierowcach, przewodnikach, osób z łódką, lokalnych restauratorach itp…, a zwykłymi biednymi mieszkańcami jest ogromna. Co dopiero właściciele większych biznesów i posiadacze pensjonatów. Jest to w końcu Afryka, dwa światy.

Paje według opisów na blogach to mekka kitesurferów, są tu do tego świetne warunki. Plaża od mojego miejsca zamieszkania jest nieco oddalona, trzeba przejść przez ulicę, a potem ruszyć w stronę centrum miasteczka i dopiero tam przebić się przez plątaninę małych domostw, bądź sklepików i restauracji. Cała linia brzegowa jest szczelnie zabudowana i dostęp do oceanu nie należy do najłatwiejszych.


Na wyspie potrafi nieźle wiać, a tu to już jest reguła. Daje to ulgę w upałach, a deski z latawcem świetnie się tu odnajdują. Jest akurat przypływ, to ważne, zaraz o tym wspomnę. Tego dnia tylko chwilę się przeszedłem i wróciłem na główną drogę, która stanowi centrum ruchu turystycznego Paje.


Wśród paru knajpek znalazłem całkiem dobrze wyglądającą i ocenianą, jakieś wege żarcie. Ceny na wyspie w miejscach dla turystów nie zachęcają, za podstawowy posiłek z napojem płacimy coś koło 30-40 złotych, a porcje nie są ogromne, jakość też jest taka sobie, tak przynajmniej uważam ja. Istnieje street food, niezbyt różnorodny, można coś wybrać, jakieś pączko-podobne wypieki, samosy, bądź szaszłyki z mięsa, bardziej gustowałem w tych pierwszych i drugich. Natomiast pierwszy raz w życiu próbowałem tu soku z trzciny, świeżo wyciskanego. Dodają też do niego limonki.


Łodyga przeciskana jest przez prasę, plastiki, bądź szklanki przemywane są butelkowaną wodą. Tylko takiej się tu używa w celach spożywczych, nawet do mycia zębów nie zaleca się jej brać z wodociągu. Opuszczając Paje zatrułem się czymś, opcji jest wiele, na szczęście delikatnie, choć do końca wyjazdu i jeszcze z tydzień w Polsce, jakiś dyskomfort był.

Jakość soków była różnorodna, a wybór dosyć mały, tak że nie mogę powiedzieć, abym napił się za całe życie… Przeciwnie, wolałem coś z butelki, jakąś gazowaną kolę na żołądek, albo piwo. Czasem trafiałem na totalne rozczarowanie, woda z lekkim aromatem owocu, albo porcja tak mała, że nawet u nas w kraju mógłbym za tą cenę lepiej wypić…

W czasie gdy byłem na wyspie, przypływ występował około zachodu słońca i nad ranem, za to wody najmniej było w południe. Codziennie godziny te się przesuwają o kilkanaście minut, cykl się przesuwa. Dopiero czytając relacje z Zanzibaru dowiedziałem się o skali tego zjawiska, musicie bowiem wiedzieć, że ocean oddala się od brzegu w niektórych miejscach na paręset metrów.

Można wtedy spacerować w wodzie po kolana, uważać należy jednak na jeżowce, jest ich bardzo dużo. Dnia pierwszego było pochmurno, spaliłem się jednak, słońce dosięgło mnie mimo tego, będę o tym pamiętał na przyszłość. Atmosfera jednak była taka sobie, wiadomo, promienie słoneczne sprawiają, że wszystko wygląda lepiej, a teraz blokowały je obłoki. Ruszyłem jednak na dłuższą wyprawę obserwując pracujące panie.

Chodzi tu oczywiście o lokalne kobiety trudniące się uprawą alg. Gdy woda odsłania zalany wcześniej obszar plaży, a właściwie płytkie dno oceanu, wtedy one wkraczają do akcji i mozolnie dbają o swoje hodowle. Potem wytwarza się z tego między innymi naturalne kosmetyki, można też te algi jeść. Praca żmudna i mało dochodowa, ale coś trzeba robić.

Niektóre kawałki plaży wyglądały rewelacyjnie, kolejne dni były już słoneczne, także kolorystyka rajska. Szkoda tylko że wody do kąpania brak, a to nie było tak że pójdę dalej i już będzie lepiej. W pewnej odległości robiło się coraz głębiej, ale pojawiało się więcej skałek, jeżowców i innych… Raz nawet coś pływającego oplotło mi kostkę i miałem problem ze strząśnięciem tego. Nieco się przestraszyłem i wróciłem.

Przy brzegu często pojawiały się poletka z glonami i niechcianymi kłującymi żyjątkami. Co prawda miałem buty do chodzenia w wodzie, ale nie chciałem ryzykować nadepnięcia. Także wyszło na to, że beztroska kąpiel jest tu problematyczna. Raz wieczorem znalazłem pewny kawałek plaży, był już przypływ, trochę się zanużyłem.

Po szerokich plażach przechadzają się mieszkańcy i przybyli z kontynentu Masajowie. Handlują towarem wszelakim, jest ich dużo i zawsze cię zagadują. Po dłuższym obcowaniu z nimi było to dla mnie męczące. Odszedł jeden, podchodził drugi i znów ta sama gadka, nie odzywanie się nie pomagało. Z jednej strony to rozumiem, chcą coś zarobić, sprzedać, ale intensywność ich nagabywania potrafiła męczyć. Widziałem raz dziewczynę siedzącą na ręczniku, typowa backpackerka, podszedł do niej Masaj, wyglądała na zrezygnowaną i zmęczoną, powiedziała tylko „please go away, i dont wanna talk with you’.

Generalnie tu się nie plażuje, na palcach jednej ręki mogę policzyć osoby które rozkładały się na zanzibarskim wybrzeżu z ręcznikiem, w tym jedną z tych osób byłem ja. Teraz trochę gorzkich słów, większość ludzi przybywających tu na wakacje siedzi w strzeżonych resortach, guest-housach, gdzie mają basen, obsługę i jedzonko, cóż, taki styl podróżowania. Turystów kąpiących się w oceanie widziałem też niewiele, raz jakaś grupa podczas przypływu wybrała się zmoczyć. Zresztą plaża to miejsce życia Zanzibarczyków, mnóstwo osób ma tu łódki i oferuje przepłynięcie gdzieś, są budki z masażem, można nabyć lekcje kite-surfingu, oraz wiele, wiele innych. Wydawało mi się często, właściwie to tak było, że tu po plażach się spaceruje, mijałem grupy/pary po prostu przemierzające dłuższe dystanse, a potem wracające. Również tak zapełniałem sobie czas.

Udało mi się znaleźć fajne miejsce, z dala od miejscowości i zabudowań, a osłonięte skałami, gdzie było wybitnie mało ludzi, tylko co jakieś parę minut ktoś przeszedł, ale ja byłem zaczytany książką, więc nikt mnie nie zaczepiał. Co prawda odpływ i masa glonów jak widać na zdjęciu wyżej, ale coś za coś 🙂

Zdarzały się przejawy dbania o środowisko, ale to raczej wyjątki. Jest tu po prostu syf, wszędzie. Na plażach można znaleźć resztki owoców, pozostałości z blue safari, jednej z atrakcji oferowanej przez miejscowych. Chodzi o to, że wypływa się gdzieś dalej, znajduje się łachę piachu na której jest postój i poczęstunek, można też pewnie popływać w lepszych warunkach niż przy brzegu. W miastach jest o wiele gorzej, tak to tu po prostu wygląda.

W Paje czasami brakowało prądu, nie przeszkadzało mi to specjalnie, choć nie było wtedy wody. Raz trafiłem na taki przypadek w lokalu przy oceanie, ale po chwili włączył się generator, dużo miejsc ma swoje awaryjne źródła zasilania. Wracałem wtedy przez miasto w innych niż zawsze warunkach, choć nie było aż tak wielkiej różnicy.


Czas przenieść się do innej lokalizacji, muszę niestety wrócić do Stone Town, poszukać innego dworca i stamtąd ruszyć do Matemwe, a właściwie Kigomani, malutkiej mieściny, w której właściwie nie byłem… Dojechałem busikiem za jakieś małe parę złotych, potem krótkie szukanie odpowiedniego miejsca odjazdu kolejnego środka transportu, zapytałem riksiarza i mnie podrzucił, oczywiście przepłaciłem sowicie, ale o tym wiedziałem. Teraz tylko przedostatni etap podróży z lokalnymi.

W pewnych momentach było naprawdę ciasno, ale takiego przeżycia jeszcze nie miałem. Dodatkowo zaoszczędziłem nawet kilkadziesiąt dolarów, a to już coś. Małe dziewczynki w chustach na głowie, myślę że od około 4-5 lat. Dominująca tam religia to islam. Jakieś półtorej godziny i dojeżdżam do Matemwe, wysiadam na skrzyżowaniu, ruszam prosto do mojego pensjonatu. Trochę należy przejść, mimo małej odległości na mapie.

Krajobraz jak widać, czasem idę przez busz i mijam prywatne busiki dowożące grupy turystów do hoteli. Wreszcie jestem, mogę odetchnąć i rozłożyć się na kolejne parę dni. Mam szczęście do miejsc noclegowych w pewnym sensie, jak już wspominałem. Chodzi o ich standard, bowiem w pokoju spędzałem dużo czasu, w porównaniu do moich wszystkich innych podróży. Było zarazem całkiem tanio, więc dużo nie wydałem. A jak plaża? Bardzo ładna, lecz niestety jeszcze mniej użyteczna niż w Paje.

Znalazły się oczywiście lepsze fragmenty, ale większość wgląda jak wyżej. Pływy są, porównywalne z tymi których doświadczyłem w poprzedniej miejscowości. Masajowie obecni, tu dosyć dużo działo się na plaży, wieczorem dzieciaki grały w piłkę, rybacy sprzedawali prosto na piasku to co udało im się złowić w ciągu dnia.


Chodziłem po płyciznach, obserwowałem florę oceanu. Tu też można spotkać chłopaków którzy chcą zarobić i oprowadzą cię po rafie. Generalnie ciężko do niej dojść, bo niby blisko, ale trzeba kluczyć między skałami i jeżowcami. Wbrew pozorom czas w którym poziom wody jest najniższy szybko mija, trzeba to tak zaplanować aby dojść tam w momencie najdalszego odpływu, a do powrotu dopinguje nas wracający ocean.



Widok z mojego pensjonatu jest bardzo malowniczy. Jednak wynudziłem się tam niesamowicie. To nie jest mój sposób podróżowania. Mogłem popłynąć na jakąś wycieczkę, ale sam jakoś nie miałem ochoty, poza tym opinie o rafie nie zachęcały. Miałem leżak więc trochę poczytałem, posiedziałem na telefonie…

Chciałem wybrać się do wsi Kigomani, na której poziomie się znajdowałem. Linia zabudowań przy oceanie całkiem szczelna, za pensjonatami rozciągają się już zabudowania mieszkańców, sklecone z czego się da chatynki, lub małe domki nieco lepszej jakości. Wybrałem całkiem niezłą trasę, lecz w miarę zagłębiania się w wieś czułem się dziwnie. W pewnym momencie jakaś dziewczyna z grupy przed lokalnym straganem, pokazała mi kierunek i powiedziała 'risky way’ więc zawróciłem. Cóż, może jakiś przewodnik by się przydał. Tak skończyła się moja eksploracja okolicy.





Wracam do kamiennego miasta, zostały mi jeszcze dwie noce. Ponownie na pace pojazdu, ale tym razem było luźniej, można było zrobić parę ujęć.


Miejscówkę mam w centrum, jest mnóstwo lokalizacji do wyboru. Większość opinii o tych pensjonatach na bookingu mówi o budzących nas nad ranem dźwiękach z meczetu, mnie to dzięki Bogu nie spotkało. Tu już lokal typowo pod spędzenie nocy, nie potrzebne mi luksusy. Ruszam na zwiedzanie.


Generalnie miasto jest duże, jednak stara jego część zajmuje pewnie mniej niż kilometr kwadratowy. Reszta to typowe tereny mieszkalno-handlowe, białego człowieka czy turysty tam nie doświadczycie.



Wychodząc miałem okazję obejrzeć niecodzienny spektakl, nie chcę wdawać się w szczegóły, generalnie była to hinduska impreza, w czasie której uczestnicy obrzucali się kolorowym proszkiem. Miałem białą lnianą koszulę, także asekuracyjnie się nieco oddaliłem 😉


Potem uczestnicy oddalili się na pobliską plażę, gdzie część odpłynęła na zapewne krótki rejs. Znalazłem restaurację, gdzie był bardzo fajny widok na zachód słońca i ocean, oraz opisaną wyżej sytuację. Oczywiście przy okazji coś zamówiłem.


Uliczki Stone Town to atrakcja sama w sobie, owszem zaniedbane i mogą się wydawać niebezpieczne, ale kręci się tu dużo turystów. Co jakiś czas sklepik z lokalnymi wyrobami, albo artykułami spożywczymi.



Jest parę ładniejszych uliczek, ale to wyjątki. Niedaleko jest muzeum Freddiego Mercurego, w rzekomym domu w którym mieszkał. Nie ma co do tego jednak pewności. W okolicy są również sklepy jubilerskie z wyrobami z tanzanitu, minerału wydobywanego na kontynencie.

Nieco dalej zaczyna się wielki bazar, właściwie jest ich kilka, generalnie handluje się tu towarami wszędzie gdzie się da. Im dalej na zachód, tym turystów mniej. W okolicach publicznych dworców gdzie grupują się autobusy, mamy już samą lokalną ludność, jak wcześniej wspominałem.




Z racji pełnego dnia który mi pozostał, wybrałem się na farmę przypraw. Właściwie są to ogrody z różnorodnością roślin. Jest to jedna z atrakcji za parędziesiąt dolarów, którą każdy obracający się w środowisku turystów lokalny przewodnik, może wam załatwić. Ja pojechałem sam autobusem za jakąś złotówkę, wejście za 17 zł, potem warto zostawić przewodnikowi jeszcze tipsa. Busy jeżdżą często z miasta, potem trzeba przejść paręset metrów przez wieś.





Mamy okazję skosztować uprawiane na wyspie owoce. Dostajemy do spróbowania przyprawy w formie, która nie jest jeszcze przetworzona. Jest również okazja zjeść coś prosto z drzewa, a także jako atrakcja bardziej dla rodzin z dziećmi: pracownik wchodzi na drzewo i ścina kokosa, podśpiewując przy tym lokalne piosenki 🙂


Wycieczka trwa nieco ponad godzinę, spokojnie można ją bez niczyjej pomocy zorganizować. Podobnie jest z innymi atrakcjami na wyspie, które przy odrobinie zdolności sami załatwimy, sporo oszczędzając przy okazji i nie czując się jak chodzący bankomat. Zdaje sobie sprawę z tego, że ludzie chcą tu zarabiać, a turyści są z o wiele bogatszych krajów, jednak wszystko ma swoje granice rozsądku.


Chodzi o to, że jest tu strasznie drogo, począwszy od jedzenia w restauracjach lub cen w sklepach, a kończąc na wspomnianych wycieczkach. Tak to generalnie wygląda w biedniejszych krajach, gdzie stopa życia przeciętnego obywatela nie mającego styczności z turystami, różni się kolosalnie od ogarniętej życiowo klasy średniej.


Zbliżam się powoli do końca pobytu, mam do wydania trochę pieniędzy, aby nie zostawiać ich w portfelu. Tam kilkaset tysięcy szylingów, czyli całkiem duży plik banknotów to jakieś 200 dolarów. Teraz czas na małe podsumowanie, jak pisałem na samym początku, bardziej subiektywne. Dlaczego ta podróż mi się nie podobała? Powodów jest klika. Zacznijmy od tego, że źle wybrałem termin, niby początek września, a w Polsce nadal gorące lato. Przed samym wyjazdem miałem w pracy dwudniową imprezę integracyjną w fajnym miejscu. Przez to też szkoda mi było lecieć do Afryki. Co zastałem na miejscu? Plaże z glonami, jeżowcami, skałami i nawet bez wody:) Wszędzie Masajowie próbujący ci coś sprzedać, reszta lokalnych z nie mniejszym uporem również proponuje swoje biznesy. Jedzenie takie sobie, a ceny nie są w stylu tych azjatyckich.


To tak na koniec celem wyjaśnienia. Żeby nie było, z perspektywy czasu stwierdzam, że coś tam zwiedziłem. Najciekawiej było chyba w stolicy, oczywiście wiele nie widziałem, gdyż jestem samotnym, spokojnym podróżnikiem, a wyspa jest całkiem duża. Lecz generalnie miałem poczucie, że ten wyjazd był trochę niepotrzebny. Może przesadziłem w tym roku z ich liczbą, cóż wystarczy już tych narzekań.

Plaże na wschodnim wybrzeżu, choć jest ich mało, należą podobno do bardziej użytkowych, widać to zresztą w stolicy i na zdjęciu wyżej, mogłem zrobić lepszy research.


Przetestowałem nowe dla mnie linie lotnicze, tanie i z dużym wyborem kierunków. Mają też jednak swoje wady, ale to nie temat na blog. Podczas lotu nad Afryką możemy dostrzec zielone tereny uprawne, nieco wyżej żółte połacie kontynentu, a w pewnym momencie, hen hen daleko Kilimandżaro.
Cały wyjazd to koszt około 5-ciu tys. złotych w moim przypadku. Co dalej w planach? Nic, czekam na okazję i chęć.