Drugi mój zamierzony powrót, obiecałem sobie więc jestem. To co chciałem w tym rejonie jeszcze zobaczyć, udało mi się zrealizować kompletnie. Wróciłem do Neapolu po 4 latach, popłynąłem na piękną wyspę Capri, oraz zaliczyłem drugi w życiu wulkan. Szybkie 3 dni, oczywiście niepełne, ale zaplanowane do rozsądnych granic możliwości. Pogoda mi tym razem dopisała, była perfekcyjna, ponad 30 stopni w cieniu, delikatny wietrzyk, przydałby się w sumie większy, bo czasem pot lał się strumieniami 🙂 Zero deszczu, palące słońce, doskonały przykład intensywnego weekendowego wylotu za granicę.
Pierwszy raz podróż w wakacje, na przełomie czerwca i lipca, czyli sezon typowo urlopowy. Wylot miałem o rozsądnej godzinie rano, dojechałem na Modlin, dawno mnie tam nie było, wolę latać wygodnie Wizzem, ale czasem trzeba sobie coś urozmaicić. Bilet kupiony jak zawsze spontanicznie, drożej niż za pierwszym razem, nocleg w sumie też, lecz co poradzić, inflacja itp… Na miejscu byłem około 15, więc miałem całe popołudnie na miasto, calutki dzień drugi przeznaczyłem na wycieczkę promem, a w dniu powrotu mam w planie wulkan. Wylot o 18 więc spokojnie zdążę, zaczynajmy.

Przeglądając na szybko relacje i fora w sieci, dowiadujemy się, że Neapol to miasto z gatunku „love it or hate”, co widać wyraźnie na powyższym zdjęciu. Od dzielnic typowo blokowiskowych, poprzez willowe mieszkalne, staromiejskie zabudowy, zwykłe kamienice, a na mafijnych slumsach kończąc. Możemy tu to wszystko odnaleźć. Ja tym razem poruszałem się w wąskim spektrum swoich zaplanowanych tras, często aby było szybciej, z mieszkania do portu, potem na dworzec, z powrotem spać. Dużo nie chodziłem, lecz w dniu przylotu no nieco pozwiedzałem. Jak zawsze moje ulubione klimaty, czyli wąskie uliczki i zahaczanie o co lepsze miejscówki.


Ruch w centrum to totalny chaos, ale idzie się szybko do tego przyzwyczaić. Trzeba tylko założyć, że tutaj kierowca ma pierwszeństwo, zawsze, każdy, a jak jest ich dwóch, to ten który będzie szybszy. Umiejętność wpychania się wysoce ceniona i nieodzowna. Oczywiście trochę z przymrużeniem oka, ale skądś te opinie o włoskich kierowcach się jednak wzięły. Śmieci, które są jednym z pojęć przychodzących na myśl, gdy mówimy o Neapolu, są obecne. Nie wiem czy w przeszłości było gorzej, ale czasem to wygląda tak jakby tu nikt nie sprzątał. Pewnie taka mentalność, szkoda, bo przyjeżdża tu przecież masa ludzi z całego świata.



Tego dnia nie miałem w planie nic szczególnego, wyruszyłem więc w stronę portu, aby kupić bilet na jutrzejszy rejs. Teren przystani jest ogromny, bez wspomagania mapy, ciężko znaleźć budynek z biurami przewoźników gdzie można zakupić bilety. Prom którym będę płynął jest nieco większy i wolniejszy od reszty kursujących na tej trasie. Coś podobnego do tego poniżej, a fotografię tych mniejszych zamieszczę później.


Reszta upalnego dnia to luźna wędrówka w poszukiwaniu słodkości i kawy 🙂 Skierowałem się w stronę słynnej w Neapolu kawiarni Gambrinus, którą odwiedziłem podczas poprzedniej wizyty w tym mieście, a zapamiętałem dzięki pysznemu mixowi kawy i popularnego ciastka neapolitańskiego: baby (w miejscowym dialekcie babbà). Oczywiście zamówiłem, oraz wziąłem co nieco na wynos. Często przy różnego rodzaju wypiekach nie było nazwy, trzeba więc było dogadać się na migi, tu był jednak mały problem. Otóż bywa, że we włoskich cukierniach kasa jest oddzielną częścią lokalu, więc aby wiedzieć za co mam zapłacić, najpierw musiałem zrobić temu zdjęcie, proste i działa; dzięki temu mam również fotografię do wykorzystania tu.


Pogoda dopisywała, kontynuowałem zwiedzanie w stronę promenady. Podczas tego wyjazdu praktycznie non-stop Wezuwiusz był widoczny w całości, w odróżnieniu od mojej poprzedniej tu wyprawy. Teraz gdy piszę to małe sprawozdanie z wyjazdu, w telewizji słyszę o upałach we Włoszech i wysychających rzekach. Za to u nas w Polsce 20 stopni i popadało ostatnio, może to i dobrze, zbyt dużo słońca szkodzi, a bez opadów nic nie wyrośnie, wręcz przeciwnie.



Po drodze natknąłem się na ślub. Malutko, kameralnie, choć w samym centrum. Szybkie wyjście na zatłoczoną uliczkę, chwila oklasków, zdjęcia, goście nie zdążyli zacząć składać życzeń, a już nadjechał samochód chcący się przedostać przez to małe zgromadzenie…




Zupełnie przypadkowo trafiłem na bardzo przyjazne fotografom i wycieczkom miejsce: Galleria Umberto I. Wielki, przestronny budynek z niepowtarzalną architekturą, sklepionym szklano-metalowym sufitem, oraz wieloma obszernymi wejściami. W środku ekskluzywne sklepy, kawiarnie i McDonald’s. Mozaiki i inne ciekawe wzory na podłodze z kamienia, na zewnątrz bogate witryny, a zaraz obok proza życia codziennego:


Wróciłem dosyć wcześnie, bowiem pobudka z samego rana, a trzeba co nieco zaplanować i ogarnąć się po przylocie. Wcześniej zostawiłem tylko plecak i ruszyłem, dlatego resztę kwestii organizacyjnych zostawiłem na wieczór.
O 7:55 prom, będę płynąć jakieś półtorej godziny. Według wytycznych należy się stawić 40-50 minut przed godziną na bilecie, w praktyce wyszło tak, że osoby sprawdzające bilety przy wjeździe, nawoływały ludzi z budynków z kasami, w iście specyficznym jarmarcznym stylu, aż do ostatniej minuty. Żadnych większych procedur wypłynięcia, podest w górę i ruszamy.



Na statku był duży dwupiętrowy otwarty pokład, niektórzy już zaczęli opalanie. Ja wypiłem kawkę i trochę pospacerowałem, potem ulokowałem się na górze. Capri przy dopłynięciu nie robi takiego wrażenia jak wybrzeże amalfitańskie, z piętrowo ułożonymi kolorowymi domami. Wyszedłem na główny deptak w porcie, trochę problemów znów zajęło mi znalezienie budek z biletami powrotnymi. Kupiłem rejs o godzinie 23, chciałem bowiem wykorzystać ten czas jak najbardziej się da. Troszkę obawiałem się co by było, gdyby z jakichś przyczyn prom nie płynął, ten był ostatni, ale pogoda sprawiała wrażenie stabilnej.



Znalazłem stację funikolaru i za jego pomocą wspiąłem się po szynach w górę, do właściwego miasta. Stąd szybko ewakuowałem się w stronę ogrodów Augusta. Nie podobały mi się bowiem okolice portu, czyli Marina Grande, jak i centrum miasta Capri. O ile lubię zgiełk turystów, centra historyczne miast, te nowoczesne również, to tutaj nie czułem po prostu tego klimatu. Była nawet malutka plaża, ale nastawiłem się na kąpiel gdzieś dalej, później.


Ogrody Augusta to właściwie mały park, ze wspaniałym widokiem na najeżone wszelkiej maści łódkami wybrzeże. Stąd również można wyruszyć do jednej z plaż, niestety droga ta była zamknięta, lecz idąc w drugą stronę trafiamy na krańce miejscowości i znacznie ciekawszy szlak widokowy. Jak piekielnie trudny, dowiedziałem się dopiero później…


Zdjęcie z mewą nie stanowiło by problemu, widziałem ostatnio u jednej podróżniczki tradycję robienia z tym ptaszkiem fotografii jako swoista pamiątka z odwiedzanych miejsc, warto mieć taki mały cel. Niektórzy zabierają torbę biedronki, inni pluszaki, ja po prostu kupuję magnesy 🙂 Podczas spaceru trafiłem na malowniczą scenerię i ogród, okazały się prywatnym wejściem do hotelu, nikt na szczęście nie zabraniał przebywania tu, a i dalej przy restauracji było również ciekawe miejsce z widokiem.



Capri to droga wyspa, z definicji ceny są dwa razy wyższe niż w Neapolu, dlatego zdziwiła mnie należność za butelkę wody w miejscowym supermarkecie: 0,25 E !!! Pewnie zwykła kranówka, ale pozytywnie się zaskoczyłem. Zakupy zrobione, nauczony doświadczeniem zabieram zawsze duży zapas picia, szczególnie jak żar leje się z nieba.


Szlak ma wdzięczną nazwę 'Via Tragara’. Czyżbym był tragarzem własnego bagażu? No to wychodzi. Po przejściu kawałka trasy trafiamy na zejście schodkami w formie górskich serpentyn. Szybko sprawdziłem w google, dwie restauracje z prywatnymi plażami. Idę. Świetnie ulokowane, na kamienistym wybrzeżu, w międzyczasie schodząc sprawdziłem opinie, bardzo niepochlebne, ceny za obiad to wartość mojego noclegu na dwa dni i lotu 🙂 No cóż, właściwie to tego się spodziewałem, można tu bowiem dopłynąć taksówką wodną z paru miejsc na wyspie, dosyć tanio, za parę euro, nie żeby nie było mnie stać, mi jednak pozostaje powrót na górę, a właściwie mozolna wspinaczka, chcę bowiem wrócić na szlak. Czy wspomniałem że sam wstęp na plażę to coś koło 30 euro?



Kąpiel w morzu musi jeszcze poczekać, a szkoda. Upał niesamowity, szkoda że wiatr tak mało chłodzi, koszulę mam co i rusz mokrą, ale endorfiny działają. Widoki rewelacyjne. Do końca ścieżki już niedaleko. Jej zwieńczenie to punkt widokowy 'Arco Naturale’, formacja skalna w kształcie łuku.


Stąd już asfaltem zmierzam na plażę, potrzebuję tego bardzo. 'Spiaggia di Marina Piccola’ to moja miejscówka na najbliższe dwie godzinki. Trochę pływania, nieco opalania, woda w miarę ciepła, spodziewałem się przyjemniejszej temperatury, czysta. Widoki na wysoki klif i skały, mało miejsca ale jest gdzie się rozłożyć, co najważniejsze, żadnych parawanów.


Szkoda mi się z tym miejscem rozstawać, ale plan muszę realizować dalej. Anacapri to miejscowość po zachodniej stronie wyspy, mniej zatłoczona, widać że nie dociera tu aż tyle turystów. Dużo kameralnych sklepików z autorskim asortymentem. Powinienem się teraz udać do słynnej na wyspie groty, a potem kolejną terenową ścieżką widokową na przylądek 'Faro’. Sęk w tym, że pomysł ten urodził się w mojej głowie dopiero po powrocie, przeglądając mapę turystyczną którą dostałem w punkcie informacyjnym. Na telefonie, a do niego już się przyzwyczaiłem, trasa ta nie istniała, w ogóle wyglądało to jakoś inaczej…




Więc prosto z Anacapri ruszyłem na kolejną plażę i był to mimo wszystko strzał w dziesiątkę. Zatoka na przylądku wyspy, z barem, restauracją, latarnią morską i z betonowym zejściem do wody. Niech nie zabrzmi to strasznie, po prostu tu wybrzeże jest tak bardzo kamieniste i trudne, że ten wylany cement jest zbawieniem i jedynym sposobem na wygodną kąpiel.


Plan jest taki: pomoczyć się znowu, wyschnąć, poczekać na fenomenalny zachód słońca, zabrać się busikiem do miasta, potem kolejnym do portu. Czy się udało? Tak! Popływałem, następnie jeszcze odpocząłem, pomysł na poczekanie tu do zmroku urodził się nagle, pomogły okoliczności przyrody i kompatybilny z moim harmonogramem dnia rozkład jazdy. Z okolicznego baru rozbrzmiewały głośno klimatyczne klubowe hity, mieli naprawdę dobre nagłośnienie; zostać tu i cieszyć się urokami przyrody, to była kwintesencja tego intensywnie spędzonego dnia.





Droga powrotna to jak już wspomniałem przesiadka w Anacapri, potem górna stacja funikularu (kolejka szynowa na linach, coś w rodzaju wyciągu po torach, bywa atrakcją, ale także sporym ułatwieniem w przemieszczaniu się w miastach ze sporą różnicą wysokości). Troszkę mi jeszcze czasu zostało, poszwędałem się więc w chłodzie nocy, ruszyłem skrótem na prom i o czasie wypłynąłem.


Dzień wylotu, zostawiłem bagaż, spakowałem to co ważne i potrzebne, a następnie udałem się pociągiem do Pompei. Poprzednim razem byłem już zarówno tu, jak i w Herkulanum. Tym razem celem jest Wezuwiusz. Bus zabiera pasażerów z przystanku naprzeciwko stacji, było nas zaskakująco mało. Początkowo miałem plan aby wejść na wulkan samemu , lecz szybko zmieniłem zdanie. Da się to zrobić, ale na spokojnie i najlepiej z dużym zapasem czasowym. Do tego dochodzi specyfikacja oglądania góry. Bilety bowiem należy kupić wcześniej na konkretną godzinę, musiałem więc wszystko dosyć dokładnie rozplanować.


Po przyjeździe trzeba było troszkę poczekać na swoją kolej, by następnie powoli ruszyć pod górę. Do wierzchołka jest bowiem jakieś 20 minut wędrówki, przy takiej pogodzie bardzo męczącej, a przy moich pojawiających się już zakwasach dodatkowo uciążliwej. Po drodze mijamy punkt gdzie można się zaopatrzyć w jedzenie i napoje.


Widoki za zatokę Neapolitańską zapierają dech. Wokół krateru wytyczona jest trasa, nie jest specjalnie długa, nie ma też natłoku ludzi, dzięki puli biletów na konkretną godzinę. Można powoli kontemplować wydarzenia sprzed dwóch tysięcy lat, jakie się tu rozegrały.






Godzina spokojnie wystarczy, zresztą mnie czasowo ogranicza termin wylotu, o szóstej muszę być w samolocie. Na szczęście lotnisko jest w granicach miasta, coś jak w Warszawie, więc nie jest potrzebna tu większa logistyka. Nie mogłem się oprzeć i zajrzałem na chwilę na teren parku archeologicznego, choćby przez płot:

Ekspresowe podsumowanie. Krótka, aczkolwiek intensywna wyprawa do miasta które parę lat wcześniej odwiedziłem. Udało mi się zrealizować założone wcześniej cele, całkowicie i kompletnie. Zobaczyłem mnóstwo, zwiedziłem wiele, zakwasy w łydkach jeszcze czuję jak to piszę 🙂 Dzień na Capri w mokasynach: 40 000 kroków, a w 3 niepełne dni 64 kilometry. Taki mam styl podróżowania, mam nadzieję, że wylegiwanie się na leżakach przez cały urlop w tropikach jeszcze mi się kiedyś znudzi 🙂 Lot + nocleg= coś ponad pięć stówek, reszta bilety, wejściówki, zakupy i słodkości.
Ostatnim razem się udało, to może i teraz napiszę, warto by tu jeszcze było wrócić, tak na spokojnie połazić po Pompejach, parę wysp do zobaczenia w okolicy też jest 🙂




7.07.2022