Czas na kolejną podróż, z kategorii tych poważnych. Lecę na Filipiny. Będę na trzech wyspach, jest ich tam ponad siedem tysięcy, więc jest z czego wybierać. Oczywiście większość niezamieszkana i mała, ja dotrę tylko w najbardziej polecane i komercyjne rejony, a co do tego wyboru to raczej go nie mam, o tym zaraz, bo mamy mało czasu. Tak, ten pośpiech towarzyszył mi przez cały wypad, zaczynajmy więc 🙂
Bilety zakupione jakiś czas wcześniej, lot do Manili, z dłuższą przesiadką w Dubaju. Od razu wylot na pierwszą wyspę i tak jeszcze trzy razy, wszystko w ciągu niespełna dwóch tygodni. Generalnie jak będziecie mieli okazję wybrać się tu, to zaplanujcie sobie wcześniej podróż, a potem dopiero kupcie bilety na samolot. Ja znalazłem okazję i na hurra zarezerwowałem sobie przeloty między wyspami, mogłem poczekać, bo są tanie i długo ich dobra cena się utrzymuje. Później zorientowałem się, że będę gonił między kolejnymi miejscówkami, a podróż również na lądzie zajmie mi dużo czasu. Nauczka na przyszłość, mam nadzieję że ostatnia… Hmmm, chyba już kiedyś tak napisałem…

Zaczynajmy. Pierwsza nocka w samolocie, krótka drzemka na lotnisku i wyruszam na miasto, nie jest to trudne. Metro dojeżdża do terminali które mnie interesują, zostawiam bagaż, całkiem nieduży, bo tylko osiem kilo w 25 litrach, czyli taki wypchany lowcostowy podręczny! Tak, dam sobie radę, doszedłem już chyba do perfekcji w pakowaniu i pomijaniu niepotrzebnych rzeczy. Faktem jest, że tu bardzo dużą część plecaka zajęła maska do snorkowania i buty do wody, bo bez tego to ho ho, miałbym ogrom miejsca.

A jeżeli już mówimy o ogromie, to oto i on, najwyższy budynek świata. Wysiadłem stację wcześniej i udałem się od razu tu. Niepotrzebnie, gdyż w mieście ciężko poruszać się pieszo. Estakady, szerokie ulice, murki i płotki nie sprzyjają przemieszczaniu się na dalsze dystanse. Robi wrażenie, ale najlepiej i tak wyglądał ze znacznej odległości, gdy wyróżniał się na tle innych. Tak z bliska szybko się przyzwyczaiłem:)

Przy budynku wielkie i słynne centrum handlowe, wszędzie przepych i bogactwo, wszedłem przez jakieś specyficzne drzwi, gdzie zostałem powitany przez wiele osób z obsługi, 'osób przywitujących’ ? Było to trochę dziwne, potem natrafiłem na wypasioną toaletę, gdzie na marmurowych blatach są śnieżnobiałe ręczniki oraz parę osób z obsługi, teraz widzę nawet że są o tym filmiki na tiktoku, cóż wielkie pieniądze robią swoje. Ściągają tu najbogatsze osoby z całego świata, ale lecimy dalej, jak będę pisał o łazienkach to nie starczy mi miejsca na blogu…

Nie wjeżdżałem na taras widokowy, trochę się naczytałem o kolejkach do wind, cena też wysoka, naoglądałem się zresztą już filmików w necie. Pokręciłem się po okolicy i ruszam dalej, w okolicę słynnej palmy, czyli sztucznych wysp w kształcie tej rośliny, gdzie na liściach pobudowane są wille i hotele. Niestety kolejka którą chciałem się tam dostać jest remontowana, ruszam więc tramwajem do mariny.

Dzielnica portowo-plażowa. Generalnie nie zrobiła na mnie jakiegoś większego wrażenia. Jak już się przyzwyczaisz do widoku wieżowców, z których notabene tylko parę jest ładnych, a reszta to po prostu wielkie betonowe kloce, to już potem ciężko żeby coś cię zadowoliło wizualnie. Zdaje sobie sprawę, że widziałem tylko mikro procent tej metropolii, ale w tych czasach nie jesteśmy już tak zacofani, aby wielkie miasta robiły na nas piorunujące wrażenia, takie przynajmniej jest moje zdanie.


Na plaży nawet trochę się poopalałem, całkiem dużo ludzi, potem jeszcze zrobiłem mały spacerek i odpoczynek, a dalej już czas ruszać na lotnisko. Nie będę się jakoś rozpisywał o tym mieście, ponieważ praktycznie nic nie widziałem, przy powrotnej przesiadce spędzę tu jeszcze wieczór, więc na spokojnie sobie coś wymyślę.



Nie zwalniamy tempa, wieczorny lot do Manili, na miejscu ląduję rano, ale nie tak wcześnie jak tutaj. Mam coś takiego, że po wyjściu z terminala w krajach tropikalnych, pojawia się na mojej twarzy uśmiech, ta roślinność od razu wprawia w dobry nastrój, tu było podobnie.

Na pierwszy prysznic jeszcze jednak sobie trochę poczekam, prawdziwa podróż, wymagająca wyprawa, brzmi fajnie, ale już chyba nie w tym wieku… Mam małe parę godzin spędzić na lotnisku w oczekiwaniu na samolot do Puerto Prnicesa.
Ok, jestem na miejscu, witają mnie piękne dziewczyny i orkiestra w tle.

No dobra, wiadomo że nie czekają na mnie, pewnie wracała jakaś lokalna drużyna sportowa, albo coś podobnego. Wychodzę kawałek dalej, próbuję ogarnąć transport na dworzec, w końcu zagaduje mnie jakiś typek i podwozi mnie na skuterze. Nie znam dokładnych cen, ale zdaje sobie sprawę że parę razy w sklepikach zapłaciłem więcej, tutaj chyba nie bardzo, gdyż jechaliśmy około 10 km, na koniec chciał jeszcze napiwek, ale nie dałem i wtedy już nie był tak miły jak na początku. Czytałem że oni tak mają, potrafią śmiać się z grubej amerykanki prosto w twarz i nic sobie z tego nie robią… Co teraz, ano czekam na nocnego busa do El Nido!

Będziemy jechać sześć godzin, są wielkie rozkładane fotele, ale trzęsie niemiłosiernie, amortyzatory chyba nie wymieniane od nowości. Trzecia nocka zaliczona, w końcu mogę odpocząć.

Zaraz, zaraz, chciałbyś Jareczku, czeka Cię jeszcze trochę niewygód. Otóż jest trzecia w nocy, zakwaterowanie mam dopiero za parę godzin, nie wiem jak ja to zrobiłem przy planowaniu, może myślałem że podróż się wydłuży, że będę mógł się zameldować z samego rana, nic z tego. Idę do centrum miasteczka, jest otwarta mini apteka, kilka barów, jeden nawet z dobrymi opiniami. Kupuje lokalny spray na komary, mówią że takie są najlepsze, siadam i zamawiam piwko, potem drugie. Sącze bardzo powoli. Resztki imprezowiczów przychodzą na regenerujący posiłek, kręci się parę pań do towarzystwa które mnie czasem zagadują, choć wiem że są panami, widać to po nich wyraźnie. Niedługo ma świtać więc idę na plażę zobaczyć wschód słońca.

Jest już rano, ruszam do znalezionego wcześniej punktu gdzie mogę zakupić rejs po okolicznych wyspach, potem zostawiam bagaż na mojej miejscówce, ale jeszcze nie w pokoju, przepakowuje się, idę na małe śniadanie i ruszam na pierwszy 'Island Hopping’.

Plaża w El Nido służy chyba wyłącznie tylko do tego, mnóstwo ludzi zbiera się aby wypłynąć wcześnie rano w rejs po okolicznych wyspach. W czasie tego zapewnione są atrakcje, takie jak nurkowania, pływanie kajakami po lagunach, schodzenie na ładniejsze plaże, lunch oraz świetne widoki. Wszyscy się tu chyba tym zajmują, można taką wycieczkę kupić wszędzie na mieście, od razu od ręki, choć pewnie lepiej chociażby dzień wcześniej, chcąc mieć święty spokój.

Ja wybrałem sobie nieco droższy rejs, ale już nie będę potem dopłacał za jakieś wstępy do laguny, czy inne drobnostki, na których lokalni starają się dorobić, trzeba też uiścić opłatę środowiskową, która ważna jest na inne trasy i obowiązuje dłuższy czas. Trafiłem na zorganizowaną grupę Izraelczyków, dobrze że znam pojedyncze słówka po hebrajsku, jest jak zagadać, choć zarówno oni, jak i lokalni nie mają problemów z angielskim. No to ruszamy.



Przydaje mi się moja maska do snorkelingu, jeden z lepszych zakupów życia, tylko musi być taka cała zabudowana. Pływamy sobie między wyspami, na trzeciej z kolei mamy jedzonko, jak patrzyłem na jakieś inne grupy to my mieliśmy wypasione, warto było czytać te opinie o 5 nad ranem 🙂

Generalnie tras, zwanych tu Tourami jest 4, A, B, C i D. My mieliśmy kombinowany, najpopularniejszy jest pierwszy. W planach jeszcze jest wielka laguna.


Znalazła się koleżanka do dzielenia kajaka, laguna jest ogromna, nasza przewodniczka robi wszystkim zdjęcia i prowadzi nas dookoła. Do pełnego ideału brakuje tylko pełnego słońca, jak na złość tu często się kryje za chmurami, choć wcześniej było go bardzo dużo.


Często przy niektórych miejscach jest za dużo łódek, a to oznacza że trzeba dłużej czekać na kajak, lub dobicie do brzegu, my na szczęście modyfikowaliśmy trasę na bieżąco. Jako że wyruszaliśmy nieco później z El Nido, można było uniknąć korków.


Dzień cudownie udany, ale trzeba wracać. W końcu jestem w pokoju, szybki prysznic, kładę się też na chwilę w łóżku po raz pierwszy od trzech dni, oczywiście zasypiam, ale budzę się po około dwóch godzinach. Jak niesamowicie działa nasz dzienny zegar biologiczny, sam się na tym często łapie, że jak chce wstać o jakiejś ustalonej porze, to mi się to udaje. Tu jest podobnie, wyruszam na miasto coś zjeść i trochę pozwiedzać. Chodzę niestety jak w transie, zmęczenie robi swoje. Małe zakupy i tyle.


Na kolejny dzień również zaplanowałem hopping po wyspach, tylko innych, tym razem fajniejsza łódka i komfortowe miejsca, zatrzymamy się także na zachód słońca na wodzie. Wypływamy znowu nieco później, na spokojnie, na łódce zawsze jakieś przekąski i drinki albo piwo, zapowiada się całkiem fajnie.
Słówko jeszcze o El Nido, mała miejscowość, ale w klimacie backpakerskim, życie nocne intensywne, jest tu mega turystycznie, ja akurat lubię również takie klimaty, znajduje równowagę w przebywaniu na odludziu, jak i tutaj. Duży wybór knajp i agencji turystycznych. Parę ulic na krzyż, większość koncentruje się wzdłuż wybrzeża. Ja mam również fajny widok z balkonu na górującą nad miastem wielką skałę.




Jak już wspomniałem wypływamy nieco później, cieszę się że wchodzimy na łódkę po pomoście, niektóre rejsy nie mają takiego udogodnienia, czasem ludzi podwożą kajakami, ale również widziałem filmiki, na których turyści maszerują z dobytkiem w wodoodpornych workach nad głową, po szyje w wodzie.


Dziś już prawie ciągle słońce, jestem również bardziej wypoczęty, widać to po mojej twarzy, bo wczoraj była masakra. Odbywamy kombinacje miejsc z touru C i D, nic mi się nie powtarza z tego co robiłem wczoraj.


Są też ładne plaże do snorkowania i odpoczywania.


W planie również mała laguna, nie tak spektakularna jak wczoraj, ale tutaj już sobie swobodnie pływam kajaczkiem tam gdzie mi się podoba. Po jakiejś godzinie lunch na łódce zacumowanej w zatoce. Może to zabrzmi dla niektórych dziwnie, ale przez te 5 dni miałem zapewnione jedzonko, najpierw w samolotach, potem na rejsach, nie musiałem się o to martwić, oszczędność czasu i logistyki.



Usłyszałem rozmowę pewnej pary, dziewczyna mówiła z chłopakiem po francusku, ale nagle padło stwierdzenie 'tłusty czwartek’. Okazało się że pochodzi ona z polski i można było trochę pogadać w ojczystym języku. Generalnie naszych rodaków jest tu jak na lekarstwo, dziwne było to, że nie widziałem tu wielu Rosjan i Ukraińców, za to bardzo wiele Anglików i innych nacji zachodnioeuropejskich. A wieczorem oczywiście znajdę jakieś pączkopodobne wyroby, widziałem wczoraj stoisko z nadziewanymi dounatami 🙂 Tymczasem zbliża się zachód słońca, cumujemy w odpowiednim miejscu niedaleko miasteczka i ten punkt programu to strzał w dziesiątkę pod względem walorów krajobrazowych.



Pozwolę sobie również wstawić zdjęcie naszej ekipy, abyście mieli wyobrażenie jak taka łódka wygląda. Tu również przez cały czas mieliśmy robione zdjęcia, po paru dniach można je było pobrać z whatsappa.

Wieczór znów spędzam na szwendaniu się po miasteczku, muszę się wcześniej położyć, przełożyłem sobie rannego busa do Puerto Princesa, aby dotrzeć tam bez zbędnego stresu. Generalnie na Filipinach panuje zasada, aby na loty, szczególnie międzynarodowe, do miasta z lotniskiem należy się dostać dzień wcześniej. Tu lekko tą zasadę naginałem, nawet przy powrocie do Polski.



Wyjazd po 5 rano, w busiku klima na maksa, niestety prawdopodobnie po tym lekko się przeziębiłem na resztę wyjazdu, ale nie dokuczało mi to strasznie, kąpałem się i pływałem bez przeszkód, lekki dyskomfort, wolę zresztą coś takiego niż zemstę faraona.
Lotniska w krajach tropikalnych prawie zawsze ładnie wyglądają, są lepiej wysprzątane niż reszta miasta, mają zazwyczaj zaprojektowaną architekturę krajobrazu, do tego dochodzi klimat i roślinność, tu nawet stacja benzynowa prezentuje się ciekawie.


Mam jeszcze trochę czasu więc idę na dłuższy spacer. Jest dosyć gorąco, miasteczko jest niezbyt ciekawe, jakiś widoczek udaje mi się znaleźć miły dla oka, jednak to wyjątek. Mieszkańcy przygotowują się również do obchodów chińskiego nowego roku. Właśnie, główną grupą turystów na filipinach, są mieszkańcy Chin, cóż, mają bardzo blisko.


Kolejny lot, jestem w Cebu City na wyspie Cebu. Wielkie okropne miasto, nikt nie poleca tu zostawać, ogromne korki i jestem na dworcu, stąd łapię skuter na kolejny dworzec, kierowca chce dosyć dużo, ale jak na złość w okolicy ani jednego tuk-tuka, gdzie zawsze ciężko się od nich opędzić, poza tym spieszy mi się. Kolejny etap to autobus do Moalboal, jakieś 4 godziny jazdy, na miejscu jestem przed północą, muszę jeszcze dotrzeć nieco daleko poza miejscowość. Kolejny kierowca nie chce zejść z ceny, ale ja muszę szybko. Ok, jadę więc, okazuje się że zawozi mnie w inne miejsce, bo źle usłyszał mimo że pokazywałem mu na mapie, mnóstwo wybojów zarówno tu jak i w prawidłowej miejscówce. Nie wiem czy to sposób na oszustwo, ale rzuciłem na jego tuk-tuk parę klątw po cygańsku, które znam ze swojej pracy, podobno bardzo skuteczne. Gospodarz daje mi klucz od domku, nieco zdegustowany że tak późno, ja w końcu kładę się spać, to już ostatni raz kiedy tak gonię, kolejne dni będą spokojne.


Jest to bardzo fajny ośrodek, cisza spokój, kawałek prywatnej zabudowanej plaży, restauracja ze śniadaniami na miejscu. Dziś mam umówiony Canyoneering w Kawasan Falls. Obowiązkowy punkt przy wizycie na Cebu. Właściwie to na tym polega turystyka na Filipinach, są słynne miejscówki które koniecznie trzeba zobaczyć, sęk w tym, żeby dostać się do niektórych trzeba poświęcić mnóstwo czasu. Dlatego mój wyjazd jest taki a nie inny, a wszyscy polecają aby przeznaczyć na Filipiny te trzy tygodnie. Przy dwóch tygodniach, aby się nie spieszyć jak ja, warto wybrać dwie wyspy, a przy wizycie w El Nido można rozważyć bezpośredni lot tam, nieco droższy i w tym przypadku trzeba kupować bilety znacznie wcześniej. Z pozostałych miejscówek dałem sobie spokój z podziemną rzeką na Palawanie, oraz odpuściłem nurkowanie z wielorybami tu na miejscu.


Wróćmy do wodospadu, szybkie śniadanie w biegu, bowiem przyjechał już po mnie umówiony transport, zbiera po miasteczku jeszcze parę osób i jedziemy parę kilometrów na południe. Tu również jest wiele biur podróży organizujących ten event. Na początku tyrolka, ale nie obowiązkowa, można dotrzeć na punkt startowy pieszo, potem trochę stromych schodów w dół i zaczynamy.


Canyoneering to właściwie spacer z nurtem rzeki, tu bardzo malowniczej i z wieloma wodospadami, każda osoba ma kask, kamizelkę i swojego przewodnika, który pokazuje którędy iść, gdzie stawiać stopy itp. Generalnie to nic trudnego, po prostu dbają o turystów, szczególnie dzieci i osoby mniej sprawne. Na trasie dużo się przepływa, zjeżdżamy również rynnami głową w dół do wody, są skoki, nawet z 10 metrów. Tego najwyższego nie chciałem próbować, ale jak zobaczyłem jak jakiś dzieciak skacze, to zmieniłem zdanie. Mój przewodnik mówił że to tylko krok do przodu, tak też było.


Cała trasa to jakieś dwie-trzy godzinki w zależności od tempa. Należy mieć ze sobą etui na telefon i do tego jeszcze jakiś wodoodporny worek, chociaż można wszystko zostawić w biurze wycieczek. Przewodnicy biorą twojego smartfona i nagrywają skoki, robią zdjęcia, mówią gdzie się ustawić, pełna profeska, nigdy chyba nie miałem tyle swoich fotek na telefonie, co podczas tego zejścia rzeką. Oni również skaczą ale w większości obchodzą przeszkody górą, martwiłem się trochę, co by się stało gdyby mój telefon zamókł, ale wszystko było w porządku, między innymi dlatego że na święta dostałem od siostry i szwagra taki zestaw, który zabezpiecza przed wodą, dziękuję! Wiem że to czytacie 🙂


Koniec trasy jest już bardziej płaski, mogę porobić zdjęcia sam. Wracamy na obiad w biurze wycieczek, potem powrót do miasta. Mam jeszcze całe popołudnie, przeznaczam je na kąpiel przy moim ośrodku, nie ma tu piaszczystego zejścia do wody, są też małe odpływy, także podryfuje trochę i poobserwuje podwodne życie. Można też posiedzieć w restauracji nad wodą lub po prostu odpocząć na leżaku.


Do centrum Moalboal właściwie nie jest daleko, poprzedniej nocy było późno dlatego musiałem podjechać, dziś na spokojnie idę sobie spacerkiem, trochę popaduje, jedyny raz podczas mojego pobytu. Zanim wyleciałem z Warszawy, przez te rejony przechodził monsun, nietypowy o tej porze roku, miałem szczęście, opuścił zachodnie skrawki Filipin dosłownie dzień wcześniej przed moim pojawieniem się tu. Główna część miasteczka jest podobna do opisywanego wcześniej El Nido, dużo knajpek, małych pensjonatów, sklepów i straganów.



Z rana spokojne śniadanko, potem opalanko, a następnie….pakowanko, tak, dwie noce i muszę jechać. Trzeba dotrzeć do Cebu wieczorem, aby jutro bez spiny udać się na lotnisko. Mam na to już dużo czasu, dlatego podczas drogi zachodzę w parę miejsc. W centrum miasta odbywają się rejsy na nurkowania z sardynkami i inne. Ja wczoraj widziałem u siebie rybki, a na butlę z tlenem jeszcze kiedyś przyjdzie czas.

Chciałem jeszcze wspomnieć nieco o biedzie panującej na Filipinach, slumsy w stolicy i większych miastach to standard. Na wsiach nie jest lepiej, rozwalone domy sklejone z desek, kryte byle czym i byle jak. Z racji na mój styl podróżowania, widziałem takie obrazki dosyć często.



Autobus łapię od razu, dobry timing. Jedziemy w dzień, nie ma takich korków jak ostatnio. W Cebu mam nocleg dosyć blisko dworca, w bardzo wysokim budynku, miasto jak już pisałem nie zachęca do zwiedzania, znajduję jakieś fajne miejsce na obiad, robię małe zakupy.



Podczas spaceru widziałem jak na dziewczynie czekającej przy ulicy na taksówkę, wylądował wielki karaluch! Przeszedł się po jej białej sukience, zauważyła go dopiero na ramieniu, strasznie się przeraziła, ja zresztą też. W sklepie natomiast biorę sobie jakiś sok, a tam za kartonem kolejny chyba prusak, bez komentarza, wielki market, trzeba stąd spadać. W pokoju na szczęście bez niespodzianek. Z rana udaje się na niedaleki dworzec, czekam na autobus i jedziemy na lotnisko, kolejny krótki lot i jestem na Boracay.

Malutka wysepka, bardzo turystyczna i popularna, ale z pięknymi plażami. Tu chyba wspomnę o cenach na Filipinach. Jest drogo, w porównaniu do innych krajów regionu nawet bardzo. Tu na Boracay jeszcze bardziej, ceny w knajpkach jak u nas w Warszawie, ceny w sklepach produktów spożywczych porównywalne, u lokalnych sprzedawców różnie, bo potrafią oszukać. Transport publiczny bardzo tani, prywatny dla grup osób całkiem dobrze też wychodzi. Gorzej gdy trzeba podjechać samemu. Grab, czyli tutejszy uber jest w miarę spoko, poza tym ceny widać od razu. Na skutery i riksze trzeba uważać, ja po tych trzech przypadkach odpuściłem, poza tym nie miałem już wyraźnej potrzeby korzystania z ich usług.

Aby dostać się na Boracay, musimy pokonać określoną drogę, najpierw z lotniska do portu, potem krótka przeprawa promowa, następnie znów do hotelu. Wszystkie te etapy organizują sprawnie, ja nie przepłacałem i sam załatwiłem sobie prom, na resztę nie potrzebowałem podwózki. Gdy wracamy trasa ta się skraca, bowiem terminal przylotów i odlotów to dwa oddalone od siebie budynki, a sam pas lotniska przecinają autobusy. To tak w skrócie.


Mój nocleg mieści się bardzo blisko południowego krańca wyspy, więc kawałek idę. Potem przez lokalne zabudowania, labiryntem przejść przebijam się na plażę i już wiem że będzie mi tu jak w niebie.

Mam nocleg przy plaży, w pensjonacie z własnym barem/restauracją. Część mieszkalna jest nieco w głąb lądu, dzięki temu jest tu cichutko i spokojnie, bardzo dużo zieleni robi niesamowity klimat. Trzeba zaznaczyć że w tym kraju cisza jest przywilejem, dźwięki klaksonów, głośne terkotanie silników no i koguty… Hodowane często na walki potrafią grupowo urządzać pobudki o skandalicznie wczesnej porze.

Zostawiam swoje rzeczy, do zakwaterowania mam godzinkę, obsługa ośrodka jest bardzo miła i pomocna, ruszam coś zjeść.

Mam cały wolny wieczór, trzeba zrobić jakieś zakupy, obejść kawałek plaży, poczekać na zachód słońca, spędzę tu jeszcze dwa pełne dni, więc pod koniec podróży dopiero odpoczywam.


Boracay to wysepka o wymiarach mniej-więcej 2 na 6 kilometrów. Po jej zachodniej stronie jest jedna wielka długa plaża, która dzieli się umownie na 3 sektory- stacje, ja zatrzymałem się przy trzeciej, bardziej spokojnej, druga jest komercyjna, a pierwsza to również butikowe hotele i dużo zieleni. Po drugiej stronie wyspy jest bardziej lokalnie, tam urzędują kitesurferzy.


Wybieram się tam następnego dnia, zrobię sobie mały obchód. Przechodzę kawałek przez miasto, potem są bardziej lokalne uliczki, po drodze jest również las namorzynowy. Sama plaża wygląda inaczej, jest trochę bardziej zaśmiecona. Bardzo dużo ludzi z latawcami uczy się kitesurfingu, albo doskonali umiejętności, powinienem tego kiedyś spróbować.



Nie wspominałem jeszcze o psach urzędujących na Filipinach. Jest ich bardzo dużo, nie wiem z czego to wynika, czy z zamiłowania mieszkańców tych zwierząt? Z drugiej strony większość z nich jest pewnie bezpańska, ale w tym klimacie dosyć łatwo jest przeżyć. Ja mam mieszane uczucia w tym temacie i trzymałem się od nich z daleka.


Wyszedłem na zachodnią stronę wyspy przy stacji nr 1. Są tu bardzo ładne widoki, jest mały cypelek, a woda jest bardzo przejrzysta. Dodatkowo nie ma tu zielonkawych malutkich glonów które spotyka się wokół całej wyspy, a które to potrafią grupować się w większe skupiska jak widać powyżej. Na szczęście nie ma ich dużo, a kąpiele sprawiają prawdziwą przyjemność. No może woda mogłaby być nieco cieplejsza 🙂


Tak szczerze mówiąc, po intensywnie spędzonych dniach, teraz nazajutrz trochę mi się nudziło. Wiem jak to brzmi, ale ile można chodzić wzdłuż plaży, kąpać się i opalać. Przy plażach mamy dużo knajpek i sklepików. Jest bardzo wiele naganiaczy pokazujących menu, trochę to męczące dla introwertyka, który ogląda sobie lokal albo menu, a ktoś nagle podtyka mu coś pod nos i zaprasza. Ja wtedy uciekam 🙂


Zachody słońca były piękne. Mnóstwo ludzi wylegało na plaże aby robić zdjęcia i relacje na media społecznościowe, ja po prostu podziwiałem.


Jutro będę wracał, na spokojnie, jeszcze rano sobie posiedzę nad wodą, powdycham morskiego powietrza. Trochę żal wyjeżdżać, ale tęsknię za krajem ojczystym, mamy taką piękną mroźną od dawna niespotykaną zimę. Poza tym samotność robi swoje.

Miałem mały kłopot z biletami powrotnymi w zasadzie od początku wyjazdu, także moja trasa się zmienia, nie lecę też przez Dubaj, gdzie miałem spędzić noc. Nie ma to związku z sytuacją na bliskim wschodzie, która nastąpiła tydzień później, a której to też nieco się obawiałem. W każdym razie pamiętajcie regularnie monitorować przekładane loty gdy sami kupujecie bilet, bo pośrednik tak średnio w tym zakresie pomaga.

Idę na prom, to jakieś kilkanaście minut, potem szybko przeprawa, dalej 5 minut i jestem na lotnisku. Wszystko idzie już zgodnie z planem. Lot do Manili, zmiana terminala, tu było troszkę strachu, bo następną przesiadkę mam krótką, a lot nieco opóźniony. Szczęśliwie samolot leciał jakoś szybko, już przy starcie kapitan sygnalizował że będziemy wcześniej. Także witajcie w Hongkongu!

Szkoda że mam mało czasu, wyszedł bym na miasto. I tak nie mogłem zrobić transferu, mimo że był to jeden bilet, ale poszło ekstremalnie szybko, zajrzałem tylko na główną halę, aby choć trochę doświadczyć atmosfery chińskiego lotniska, wiecie te ich szlaczki 🙂 Następne lotnisko: Doha

Tu nieco więcej czasu, ale znów boje się o kolejki na powrocie, jest 4 rano, metro do centrum kursuje od 5. Liczyć dojazd, powrót i wypadało by mieć jakiś zapas, wyszedł bym w centrum ze stacji i musiałbym wracać, szkoda, innym razem. Podziwiam za to wewnętrzną architekturę lotniska. Jest to bowiem chyba najmilszy dla pasażera hub przesiadkowy. Na lotnisku kursuje nawet mini kolejka. Najsłynniejszym punktem są jednak ogrody.


Taki mini park w samym centrum lotniska. Dość pokaźny rozmiar, jest wiele miejsc do odpoczynku, są schody i pomosty, w wielu miejscach poduszki, szczęśliwcy mogą nawet zająć sobie domek! Myślę że można tam spokojnie przeczekać noc, gdy mamy długą przesiadkę, a dla tych z fantazją znajdzie z pewnością również inne zastosowanie.


Po dziewiątej mam wylot, odpoczywam sobie w strefach bliżej mojego gate, ale w porównaniu do innych lotnisk jest jakby luksusowo. Czas na podsumowanie. Koszty i przemyślenia. Organizacyjnie zawaliłem, można to było zrobić lepiej. Filipiny są chyba mało znane u nas jako kierunek podróży. Na pewno da się znaleźć kompromis między zaliczeniem jak najwięcej punktów w czasie urlopu, a błogim wypoczynkiem. W grupie siła jeżeli chodzi o szybszy transport zorganizowany, ja zawsze jestem na straconej pozycji, ale to też ma swoje uroki. Bilety do Manili to około 2700 zł, loty wewnętrzne wyszło niecałe 6 stówek. Noclegi w całkiem dobrym standardzie, straszyli na forach że jest z tym ciężko, ja chyba po prostu umiem szukać, co prawda było ich też mniej niż dni podróży- około 1500 zł, no całkiem sporo, ale z uwagi na trudy podróży nie chciałem tu już oszczędzać. Wydana gotówka to 350 $, posiłkowałem się kartą na kwotę około czterystu złotych. Podliczając to wszystko do kupy Filipiny kosztowały mnie 6,5 tys. zł, czyli całkiem sporo jak na mnie, ale jak wspominałem nie żałowałem już pieniążków na atrakcje i noclegi.
Kiedy kolejny wypad? Nie wiem, chodzi mi po głowie szalony pomysł, ale na realizację daje sobie przynajmniej trzy lata, wcześniej coś na pewno się trafi, jakiś szybki city break, lub kolejny kraj w Azji, trochę mi jeszcze ich zostało 🙂

29.03.2026