Wybrałem się na Maderę, wyspa położona nieco dalej od równika, niż każdemu dobrze znane Kanary. Zawsze chciałem tam się dostać. Opisy tego skrawka lądu na oceanie atlantyckim, gdzie panuje wieczna wiosna, rozbudzały moją wyobraźnię. Udało mi się przylecieć na kilka dni, muszę chyba nieco zmodyfikować styl moich wojaży, gdyż było to zdecydowanie za mało! Wyspa ma około 20 km wszerz i dwa razy więcej wzdłuż, więc jest to całkiem pokaźny kawałek lądu. Panuje tu bardzo łagodny klimat, wnętrze wyspy jest górzyste i pokryte bujną roślinnością podzwrotnikową.

Mój termin to 13-16 listopad, zapowiadają nieco ponad dwadzieścia kresek, tak też jest. Strój typowo letni, wyleciałem z zimnej Polski, więc trzeba poszaleć i korzystać. Cena biletu ponad 5 stówek nie była super rewelacją, ale na takie odległości trudno znaleźć coś od nas bezpośrednio w dobrych promocjach. Z przesiadkami widzę teraz oferty po trzysta coś, ale w zimę i wiadomo, dodatkowa logistyka. Dosyć już tych rozważań, zaczynamy, wybrałem 80 zdjęć, więc jest na co popatrzeć.

Piękny krajobraz ukazał mi się od razu po przylocie, lotnisko jest malowniczo położone o czym później. Po poprzednich problemach miałem tu wszystko dopięte na ostatni guzik. Jedyna sprawa która mnie zmartwiła podczas pakowania to brak aparatu, będzie musiał mi wystarczyć telefon. Nie jest to topowy produkt marki z nadgryzionym jabłkiem, ale jakość zdjęć jest wystarczająca. Nawet w nocy lekkie ziarno czasem dodaje uroku 🙂

Przy dużym rondzie w centrum, nad samym morzem, mają początek dwie główne arterie, rozdzielające się i biegnące pod górę, miasto położone jest bowiem na wzgórzach. Przy jednej z nich miałem pokój, lokalizacja fajna, niedaleko sklep, wszędzie blisko. Od razu po rozlokowaniu się na miejscu wyruszyłem na zwiedzanie, nie ma co tracić czasu na pierdoły. Do zmroku zostały mi jakieś dwie godziny, więc chciałem wykorzystać je maksymalnie.

Za cel obrałem sobie górną stację kolejki na Monte Funchal, zbliżał się zachód słońca, liczę na dobre widoki. Wspominałem coś o wzgórzach? Funchal to miasto z najbardziej stromymi ulicami jakie widziałem do tej pory. One nie biegną serpentynami, kierunek prosto pod górę nie jest tu niczym nadzwyczajnym. Ruszyłem więc w tych warunkach, kursują oczywiście autobusy, ale co tam. Wieczorkiem przy dwudziestu stopniach, lekki wiaterek, większość drogi w cieniu, a ja cały zlany potem, masakra, jakbym wspinał się na czarny staw. Stromizna nie do opisania, nawet zdjęcia tego w pełni nie oddadzą…

Panorama miasta i inne widoki, wynagradzają nam wszelkie trudy.

Udało mi się dotrzeć i co teraz? Park już zamknięty, lecz miałem w zanadrzu małą levadę. Taką miejską, krótką. Co to jest ta ”levada”, zapytasz czytelniku. Już objaśniam. Są to kanały dostarczające wodę, cud inżynieryjny okalający większość wzgórz na tej wyspie. Kiedyś pomagał rolnikom nawadniać pola, transportował wodę z deszczowych części wyspy na południe, do uprawianych roślin. Takie otwarte korytarzyki w których płynie woda napędzana wyłącznie grawitacją, budowano tu już w szesnastym wieku. Przy każdym była oczywiście ścieżka, dzięki której można to było konserwować i ulepszać. Spełniają swoją funkcję do teraz, lecz stały się głównie trasami spacerowymi. Miłośnicy trekkingu znajdą tu setki kilometrów szlaków, samych levad jest tu około 200, z łączną długością sięgającą 2,5 tyś. kilometrów.

Jest to chyba główna wizytówka Madery, oficjalnych szlaków, ponumerowanych, opisanych na łamach licznych przewodników, jest kilkadziesiąt, ja z konieczności przejdę się taką, która kończy się w samym mieście. Robi się już powoli ciemno, powinienem zdążyć, to tylko 2-3 km.

Po paruset metrach taka niespodzianka. Musiałem się zatrzymać i pomyśleć co robić dalej. Nie chce mi się wchodzić pod górę, a potem wracać przez miasto tą samą drogą. Próbowałem przetłumaczyć kartkę telefonem, ale coś apka odmówiła posłuszeństwa… Po chwili nadbiegła grupka biegaczy, która wcześniej zmierzała w przeciwnym kierunku: do góry, widocznie wracali, zapytałem więc czy dam radę przejść. Na moje szczęście trasa okazała się drożna, zapytali tylko czy mam latarkę, cóż w telefonie powinna wystarczyć, póki co jest jeszcze całkiem widno…

Walorów krajobrazu nie uświadczyłem, słońca już również dawno nie było na niebie, w sumie taka mała przygoda i nauczka na przyszłość. Po lesie nie boję się w nocy chodzić, przynajmniej gdy mam wytyczony szlak. Mniej więcej pod koniec mijał mnie jeszcze jeden biegacz z czołówką. Piszę to więc dałem radę 🙂 Przy końcu trasy moi wybawiciele pakowali się do samochodu, więc tempo miałem niezłe, ucieszyli się na mój widok. Trochę porozmyślałem nad tą formą aktywności. Sam bardzo lubię jeździć rowerem po zmierzchu, kiedyś również zakładałem rolki i biegałem około północy, ale to wszystko na miejskich ulicach. Może czas wybrać się na nocny maraton po polskich polach i lasach, bo nie wiem kiedy wrócę na Maderę…

Na levadę z prawdziwego zdarzenia przyjdzie jeszcze czas. Teraz powłóczę się po mieście, zrobię małe zakupy, trzeba się przygotować na kolejny dzień. Życie w mieście nie umarło z końcem sezonu turystycznego, zresztą tu trwa on cały rok, więc ludzi jest dużo. Jest też gwarno i ciepło, mam dużo sił na spacer, zresztą pięć godzin przesiedziałem w samolocie. Przypomniałem sobie o jeszcze jednej rzeczy, nie wziąłem nic do czytania, ogromny błąd. Wino jest przepyszne!

Tego dnia w planach przylądek São Lourenço. Czytałem na forach że nie ma co tu iść, gdy znamy podobne miejsca z klifami, skałami i bliskością morza. Nic bardziej mylnego, jest przepięknie. Co prawda trasa dosyć długa, ale mijałem mnóstwo ludzi z totalnie różnych przedziałów wiekowych. Najpierw jednak trzeba się tu dostać. Zmierza w te strony autobus przejeżdżający przez lotnisko. Jego pas startowy, jest niezwykły. Z jednej strony wysunięty i wsparty na ogromnych kolumnach, z drugiej kończący się również nagle:

Mam chyba farta do pogody, zjawiskowość tutejszych punktów widokowych będę podziwiał w pełnym słońcu, co o tej porze roku nie jest wcale takie pewne. Łagodny klimat nie oznacza że non-stop praży, chmury i deszcze są częste, a mamy przecież schyłek jesieni. Zdradzę jednak, że dziś będzie mi dane zdjąć koszulkę, poplażować i popływać.

Zaczynam wędrówkę pełen optymizmu. Szlak ”tam i z powrotem”, ale w niczym mi to nie przeszkadza. Zapas wody odpowiedni mam, jedzenie również.

Skojarzenie nasuwa się jedno. Specyfika trasy przypomina mi wejście na Etnę, tyle że z widokami morskimi i stabilnym podłożem. Zresztą pochodzenie wyspy jest wulkaniczne, można zobaczyć tu warstwy gleby i przekrój przez płytę wyspy. Klifowa sceneria, czasem silny wiatr, wiele endemicznych gatunków roślin, na to należy się nastawić.

Na sam koniec podejście było nieco trudniejsze, ale generalnie jest to łatwy szlak. Nie szczędzę również zdjęć, bo zapierają dech. Szkoda mi, że nie można było iść dalej, jest jeszcze parę skał na horyzoncie.

Zdecydowałem się zejść na plażę. Niefortunnie zmoczyłem adidasy, więc posiedziałem na skałkach susząc skarpetki. Szybko poszło na rozgrzanych kamieniach, ale po założeniu butów, ponownie zrobiły się wilgotne. Fala była za duża, nie spodziewałem się 🙂 Bardzo urokliwa zatoczka, jednak powierzchnia zdatna do komfortowego leżenia stanowczo za mała.

Druga plaża już większa, było tu bardzo upalnie. Nie zdecydowałem się jednak kąpać, gdyż przestraszyły mnie fale. Nie widać tego na zdjęciu, może akurat taki moment, ale kawałek dalej jakaś para moczyła nogi i chłopak trzymał dziewczynę z brzegu. Widać było mocne ciągi wsteczne i kamienie dookoła również nie zachęcały…
Zaplanowałem sobie natomiast wejście do wody już po wyjściu ze szlaku. Prainha do Caniçal to moja miejscówka, przeszedłem kawałek dalej, do przedostatniego przystanku autobusu tu kursującego, także po wyjściu z plaży można od razu ruszać w drogę powrotną. Miejsce z dobrą opinią i ładnym piaskiem, lecz ciemnym i drobnym. Nie narzekam, jest prysznic przy wyjściu, mam ręcznik i wszystko czego potrzebuje.

Woda na szczęście jeszcze znośna, trochę popływałem, wyschłem już na stojąco. Jest młoda godzina, ale powoli zbieram się do wyjazdu. Autobus jest punktualnie, dużo wolnych miejsc. Resztę dnia spędzę w Funchal.

Główna ulic miasta jest bardzo krótka, łączy tak jakby jego dwie części, rozdzielone dwoma arteriami ułożonymi w kształt litery V. Parę knajpek i cukierni, głównie sklepy, nic nadzwyczajnego. Ze swojej strony polecę miejscówkę, gdzie podają w świetnej formie tradycyjny maderski chleb robiony na mące i batatach: Casa do Bolo do Caco

We wschodniej części miasta położona jest tak zwana dzielnica artystyczna. W zasadzie jest nią teraz, czytałem że jeszcze parę lat temu, gdy wyspa nie była tak zdominowana turystycznie, było tu ubogie i niebezpieczne towarzystwo. Władze chciały to zmienić, postawiono na murale i malunki na ścianach drzwi i domów, pootwierały się liczne restauracje… Wygląda to fajnie, zwłaszcza wieczorem.

Więcej zdjęć wrzucę później. Pokręciłem się również po nowocześniejszej dzielnicy kasyn i hoteli, różnica w architekturze jest zauważalna.

W drodze powrotnej zahaczyłem o port i powiem wam szczerze, że pierwszy raz widziałem wycieczkowiec z prawdziwego zdarzenia, z bliska. Nie spodziewałem się jego ogromu, potrafi taki widok przytłoczyć. Funchal wieczorem wygląda rewelacyjnie. Promenada nie jest ogromnej długości, tak coś koło kilometra, w sam raz na spacery.

Dzień trzeci pobytu to wspomniana wcześniej leveda, jej numer to 10. Taka również jest jej długość, właściwie to kilometr więcej 🙂 Przewidywany czas przejścia 5h. Wpierw jednak kieruje się w przeciwną stronę do ”Levada dos Balcões”. Startuje z tego samego punktu, będę musiał również nią wrócić, ale to tylko jakieś 10-15 minut. Na samym końcu znajduje się punkt widokowy. Byłem rano, więc słonko nie wydobyło jeszcze z tutejszego krajobrazu wszystkich jego uroków i walorów, ale warto mimo wszystko się tu przejść.

Trzecią drobnostką, której brak ujawnił się właśnie teraz, były moje ulubione rękawiczki. Takie super cienkie, termo-aktywne, ale poprawiłyby mój komfort cieplny znacząco. Nie było zimno, było po prostu chłodno z rana, powietrze spływało ze wzgórz. Coś jak pierwszy srogi poranek po upalnym lecie, gdy nie ma nieprzyjaznego wiatru, grunt jest ciepły, ale chłód nocy jeszcze nie ustąpił. W każdym razie szedłem żwawo, przede mną dziś niezły trekking.

Strasznie dużo roślin, nie są jakieś niezwykłe, to po prostu inne gatunki z rodzin znanych i u nas. Mnóstwo paproci, konwalii, ale także bardziej egzotycznych wawrzynów i laurów. Idzie się bardzo wygodnie, tylko sporadycznie trzeba było się nieco skupić na tym, gdzie stawiamy kroki. Dla mnie mankamentem było to, że trasa jest ciągle szczelnie zakryta drzewostanem, jak na zdjęciach wyżej. Bardzo lubię dalekosiężne krajobrazy, parę punktów jednak się trafiło na małe zdjęcia.

Clou tego wszystkiego to oczywiście kanały nawadniające. Co jakiś czas wydawało mi się że woda płynie pod górę, ale było to oczywiście złudzenie optyczne, spotęgowane słabą widocznością, idziemy jak już bowiem wspomniałem, przykryci baldachimem drzew i krzewów. Niewiarygodne, ile pracy włożyli ludzie w dawnych czasach, aby to zbudować. Myślę że na miejscu wyrabiali kamienie i zaprawę. Nie oszukujmy się jednak, była to z pewnością tytaniczna praca rąk ludzkich na przestrzeni lat.

Ostatnia część trasy jest inna, bardziej rolnicza, dominują bardziej rozległe przestrzenie i pola uprawne. Czekałem na takie krajobrazy, po dosyć długiej wędrówce może się ten las znudzić, zwłaszcza mi, mam podobny zaraz za domem 🙂 Prowiant również adekwatny do charakteru wyspy.

Szlak ma swój koniec w miejscowości Portela, stąd mam autobus powrotny. Kusiło mnie iść dalej inną już trasą, do Porto da Cruz, ale najpierw musiałbym podążyć wzdłuż ulicy, żeby dotrzeć do początku krótkiej levady kończącej się w mieście. Zdecydowałem się wracać, autobusy kursowały tu co jakieś dwie godziny, a zaraz miał nadjeżdżać jeden z nich.

W Funchal chciałem zobaczyć coś jeszcze. Zjazd uliczkami na drewnianych saniach. Tradycja wywodzi się ze sposobu poruszania się niegdyś obywateli tego zacnego miasta, jego wybitnie stromymi ulicami. Ludzie po prostu wsiadali i sunęli na dół, pewnie musieli je potem wciągać, ale dla chcącego nic trudnego. Teraz jest to sztandarowa atrakcja. Szkoda mi trochę, w sumie mogłem kogoś poszukać na górze, bo w pojedynkę mało to opłacalne 🙂 Następnym razem

Ostatni wieczór w mieście, kolejnego dnia mam wylot. Godzina popołudniowa, więc nic sensownego nie wymyślę. Madera to wyspa znana z marek intensywnych wzmacnianych win. Oprócz tego, przeglądając informacje co tu warto spróbować, natknąłem się na nazwy dwóch specjałów, poncha i nikita. To pierwsze jest w skrócie mocnym alkoholem z sokiem cytrynowym, drugie natomiast przypomina smoothie z ananasa, do którego dodano piwo i lody waniliowe, bardzo dobre.

Zabytkowy targ z jedzeniem i kwiatami jakoś nie zrobił na mnie wrażenia, po prostu w morskich miejscowościach intensywnie niesie się aromat ryb… Mercado dos Lavradores jest tak usytuowane w samym centrum miasta, że łatwo tu wejść i się o tym przekonać.

Mam jeszcze nieco czasu. Podczas nocnym spacerów jest tu gwarno i klimatycznie, lecz to w dzień można swobodnie fotografować dzieła lokalnych artystów na Rua de Santa Maria:

Ostatni punkt programu to klif ”Cabo Girão”. Podjadę autobusem, potem jeszcze kawałek pieszo i jest. Z trasy rozpościera się wspaniały widok na wysokie urwisko. Można tam wjechać i wejść na przeszklony taras, ale ja nie dam rady. Obejrzę sobie go z daleka, w całej okazałości.

Przy okazji trochę poplażuje, również stąd będę miał autobus na lotnisko. Fale znów nie zachęcają, więc tylko sobie zmoczę nogi i poleżę. To by było na tyle. Lotnisko jest malownicze, po przejściu kontroli można wyjść na taras, świetny pomysł. Widoki przy dobrej pogodzie są bardzo ładne.

Czytając opinie o Maderze natknąłem się na wiele informacji o mnogości tutejszych atrakcji, szczególnie szlaków i levad. Dwa tygodnie to mało z pewnością na to wszystko. Znalazłem też przydatny opis krótkiej podróży, z którego skorzystałem przy planowaniu. Jak to na forach bywa, dyskusje są polem do popisu dla wielu krytyków i marud, ktoś odpisał autorowi postu, że generalnie to nic nie widział…
Może to i krótki okres, może i nic nie widziałem, ale co moje to przeżyłem i zapamiętam.

8.01.2023

Możesz również cieszyć się:

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *