Kolejna podróż, szybciej niż się spodziewałem, po udanej wyprawie na Barbados, nieco ponad miesiąc później wyruszam do Azji. Nigdy jeszcze tu nie byłem, zawsze myślałem, że pierwsza będzie Tajlandia, a tu taka niespodzianka. Bilet kupiony z dużym wyprzedzeniem, w tym samym czasie co poprzedni, tylko taniej, dwa kafle. Zdawało mi się, że jeszcze mam trochę czasu, jednak wracając z Karaibów, siedząc w samolocie zorientowałem się, że pomyliłem miesiące i należy się troszkę pospieszyć.
Wystarczy ogarnąć noclegi, reszta przyjdzie sama. Czytam co jest tam ciekawego i wszyscy piszą, że nie opłaca się wybierać jednego miejsca na spanie, tylko robi się objazdówkę. Przystałem na ten nowatorski dla mnie pomysł, w końcu miliony podróżników nie mogą się mylić. Bałem się trochę, ale jeżeli wszyscy tak robią, to co, ja nie dam rady? Zdradzę już zakończenie, udało się bez żadnych komplikacji. Po tym zachęcającym wstępie czas na solidną porcję zdjęć, okraszoną moją radosną twórczością literacką, zapraszam.


Będzie to trylogia, bowiem na tyle części podzieliłem moją podróż. Sri Lanka to wielka wyspa, wielkością zbliżona do Sycylii, Sardynii, czy nawet Danii. Także jest tam co robić. Oferuje wiele rozmaitych krajobrazów i aktywności. Odpuściłem od razu północną część, oraz parki narodowe. Safari w tych czasach, dla dorosłego człowieka jak ja, wydaje mi się złym pomysłem. Nie mam ochoty ganiać w kurzu i spalinach na zakorkowanej drodze za zestresowanymi stworzeniami, wolę już obejrzeć dobry dokument w telewizji o zwierzętach w ich naturalnym środowisku. Nie jara mnie to. Więc co mi zostaje? Bardzo wiele. Na pierwszy ogień centrum wyspy i lwia skała.

Sigiriya, to ogromne wzniesienie, ze znajdującymi się na jego szczycie ruinami twierdzy. Jak tu dotarłem? Nie było łatwo, aż do przylotu nie byłem pewien jaką drogę obiorę, ale się udało. Musimy bowiem zdać sobie sprawę, że na Sri Lance transport autobusowy jest niebywale rozwinięty. Masa ludzi chce się przemieszczać, ma być tanio, czy będzie wygodnie, to zależy na jakie natężenie podróżnych trafimy, czy jest chociaż szybko? Niestety…

Po locie z przesiadką w Stambule, na miejscu byłem wczesnym rankiem. Wymieniłem walutę, kupiłem kartę sim, wszystko na lotnisku, kursy są dobre, są też przed wyjściem stanowiska lokalnych sieci komórkowych. Ruszyłem na poszukiwania autobusu, ale napadli mnie riksiarze, każdy chciał mnie zabrać i pytał gdzie jadę. Oczywiście według nich, tylko oni dowiozą mnie na miejsce, byłem na to przygotowany. Zrobiłem w tył zwrot i udałem się na lokalny dworzec. Obszedłem wszystkie stanowiska i dopiero na końcu, gdy zapytałem lokalsa o kierunek, ten wskazał mi właściwy autokar. Wsiadłem, akurat odjazd, pojazd pusty, jest dobrze. Kierunek Kurunegala.

Po dotarciu trochę pochodziłem w okolicach dworca, widoki jak trzy zdjęcia wyżej, dosyć duże miasto, zatłoczone, jest około dziewiątej, więc handel kwitnie, ludzie na zakupach. Jest jak widać kolorowo, jeden wielki misz-masz i zgiełk. Tu już sam znalazłem kolejny autokar, nie chcę zwlekać, jeszcze kawałek przede mną.

Dalej mam dobre miejsce, nie ma jeszcze tłoku, choć po trasie autobus zabiera coraz więcej pasażerów, gdyż jest wiele przystanków. Powoli dosiadają się dzieci wracające ze szkół, często razem z rodzicami. Autobusy to temat na oddzielną dysputę. Raz tylko jechałem nowocześniejszym, ale to już inna trasa i bilet, będzie o tym później. Natomiast zwykłe pojazdy na krótkie dystanse wyglądają dokładnie jak na zdjęciu wyżej. Feeria barw na zewnątrz, środek poobklejany najczęściej w hinduskie bóstwa. Dużo ozdób, wisiorków i światełek. Urozmaica to podróż, czułem się tam całkiem dobrze.

Po drodze mija się mnóstwo kramików z towarem wszelakim. Także w centrum miasta na poszczególnych przystankach wchodzą handlujący jedzeniem i piciem ludzie, najczęściej są to jakieś orzeszki lub inne małe paczuszki smakołyków. Kokosy, zawinięty w liście ryż z dodatkami, lub inne pożywienie w glinianych garnkach można dostać przy trasie, jak u nas truskawki, jagody lub grzyby w dawnych czasach.

Dambula to kolejny przystanek na mojej trasie. Tu już wystarczy złapać lokalny przejazd do miejsca docelowego. Chcę podróżować nadal transportem publicznym, choć w tej miejscowości z racji na położenie blisko ważnego dla turystów przystanku, jest wielu naganiaczy i riksiarzy chcących oczywiście zarobić. Cierpliwie czekam i nadjeżdża, mega zatłoczony autobus do Sigiriyi. Tylko kilkadziesiąt minut dzieli mnie od mojego noclegu na kolejne dwa dni. Mieli rację wszyscy ci którzy chcieli mnie podwieźć, bowiem stąd na lwią skałę autokary kursują rzadziej, także jakbyście podróżowali w grupie, to spokojnie można sobie pozwolić na pokonanie tego dystansu w lepszych warunkach za nieco większe pieniążki.

Nie wiem ile by to kosztowało, ale moje poprzednie dwa bilety to jakieś 10 złotych. Ten trzeci już nie pamiętam, pewnie ze dwa lub trzy złote mnie wyniósł. Transport na Sri Lance jest mega tani. Oczywiście wychodzą tu dwie pozostałe bolączki które już zauważyliście. Prędkość przemieszczania się, oraz poziom wypełnienia pojazdu, który koreluje z komfortem podróży. Dobrze, szybko i tanio- nie ma czegoś takiego 🙂 Jakieś 150 km w linii prostej zajęło mi około osiem godzin z przesiadkami i przystankami.

Jestem na miejscu, WOW! Tu jest przepięknie. Zatrzymałem się w, nie wiem za bardzo jak to nazwać, gdyż są tu i domki prywatne, ale też wieloosobowe, w każdym razie teren dosyć duży, na skraju miejscowości, choć nadal blisko do wszystkiego.

Jest około 15-stej, rozpakowałem się częściowo, wziąłem prysznic i po całodziennej podróży autokarami, wcześniej locie z przesiadką, ruszam na podbój! Sama Sigiriya to malutka mieścina, podzielona na jakby dwie części, na północ od nich znajdują się dwie wielkie skały. Moja droga i sąsiedztwo wygląda tak:

Dużo knajpek, fajny klimacik, dalej wchodzę na teren kompleksu. Moja droga wiedzie z innej strony, jest spokojniej, główne wejście z parkingami znajduje się gdzie indziej. Jeśli chcecie wiedzieć co to dokładnie jest to powiem lakonicznie: skalna twierdza i ruiny miasta. Resztę musicie sprawdzić sobie sami. Są tu też jakieś świątynie, ale totalnie mnie nie interesują, chcę widoków!

Przyszedł już czas na moje pierwsze spotkanie z lokalną fauną. Słonie które widziałem, zawsze były wykorzystywane w celach zarobkowych, do zdjęć z turystami itp… Często pasły się na łańcuchu pod drzewem, kawałek cienia jest na wagę złota, choć roślinności tu nie brakuje. Moją uwagą przykuł również wodny drapieżnik, a właściwie kierowca który go pokazywał swojej klientce, no chyba nie myślicie że sam bym to wypatrzył z parunastu metrów 🙂

W środku, nieco po prawej, dla mniej spostrzegawczych, widać tylko przymknięte oko i kawałek paszczy. W moim domku również po dachu biegały małpy, ale o nich później.



Wybieram się na Pidurangalę, a dlaczego? Bo jest z dziesięć razy taniej i będę miał z niej widok na osławioną skałę:) Sprytnie to sobie wymyśliłem.

No dobra, wyczytałem na forum. Ale idea ta przypadła mi do gustu. Chciałbym się wyrobić do zmroku, bowiem boję się nieco komarów. Poza tym wracać w wieczornym chłodzie, zmęczony i spocony, to nie jest dobry pomysł na pierwszy dzień wyprawy.

Na początek mijam miejsce sakralne, dosyć ładnie urządzone, potem zaczynają się schody. Trochę w cieniu i pod koronami drzew, potem już po skałach, a wreszcie trzeba się więcej nagimnastykować. Mijam też dużą figurę leżącego buddy. Trasa ta nie ma widowiskowych schodów i przepaści jakie bym uświadczył gdybym zdecydował się na wejście na Lion Rock, ale oszczędzę kolana i w kieszeni zostanie parę dolarów.



Jestem na górze, widoki rewelacyjne, przepiękne panoramy, Lwia Skała z tej perspektywy wygląda jeszcze bardziej imponująco. Tu zdaje sobie sprawę, że wejście na nią to nie lada wyzwanie.

Warto tu przyjechać, zatrzymać się na parę dni, cała okolica zachęca do zwiedzania, myślę że w przypadku powrotu na Sri Lankę, zarezerwowałbym sobie tu więcej czasu. Będąc na górze widziałem miejsce, gdzie będę kolejnego dnia, jeszcze o tym nie wiedząc. Czeka mnie bowiem mała wycieczka rowerowa.


W moim hostelu były jednoślady napędzane siłą ludzkich mięśni, więc idę w to. Mieli parę rowerów, ale tylko jeden nadawał się do jazdy, choć w jej trakcie siodełko wyzionęło ducha. Po powrocie z małej pętli, zapytałem czy da się je dokręcić, bo wystarczył by klucz, lecz parę chłopaków z obsługi nie potrafiło mi pomóc… nie mieli narzędzi. Mentalność azjatycko-afrykańska i pewnie jeszcze południowo-amerykańska. Polecili mi natomiast miejsce, gdzie mogę wypożyczyć rower, a za ten nie musiałem płacić.


Wróćmy do mojej przejażdżki. Wybrałem krótką trasę, najpierw kawałek asfaltem, potem droga ziemna, ale ubita. Widziałem jakieś tablice informujące o możliwości pojawienia się słoni, trochę się przestraszyłem, bo nie wiedziałem co należy wtedy zrobić; nie wiem też jak szybko one biegają 🙂


Bardzo ładna trasa, były jak widzicie pola uprawne, potem ścieżka koło rzeki, później przechodząca w nowy asfalt. Krótko, przyjemnie, krajobrazy wiejskie. Może komuś się przyda, podaje link do nawigacji: https://ridewithgps.com/trips/143731296


Kolejna pętla jest nieco dłuższa, to te tereny widziałem ze szczytu 'drugiej’ skały. Dotarcie tu wymagało zjazdu z głównej drogi, potem jak widać typowo polna wyjeżdżona dróżka. Ciekawy klimat, zbliżyłem się do natury, ludzi w pobliżu nie ma, tylko po drodze jakaś krowa była wyprowadzana na jedzonko. Tu link: https://ridewithgps.com/trips/143738051
Wracając zahaczyłem o kompleks świątyń lwiej skały, było to główne wejście, turystów masa, w większości zorganizowane wycieczki autokarowe. Drugi dzień spędzony w moim klimacie, zieleń, natura, szerokie przestrzenie, ale czas się stąd zwijać. Na zakończenie tego etapu jeszcze raz widok ze specjalnego miejsca, była chyba też huśtawka, ale nie skorzystałem.

Bardzo blisko mojego lokum znalazłem pierwszy przystanek na drodze do Dambuli. Z niej muszę złapać autobus prosto do Kandy. Troszkę poczekałem w okolicach dworca i coś przejeżdżało. Trafiłem na taki większy biały bus. Czytałem że są nieco droższe, ale bardziej bezpośrednie, cena okazała się bardzo spoko, płacimy na sam koniec, musiałem się upomnieć o to ponieważ chyba kierowca mnie trochę oszukał, na złotówkę lub dwie i nie chciał głośno mówić przy innych ile wyszło, co najdziwniejsze byłem z tego powodu bardzo zadowolony, ponieważ siedziałem z przodu pojazdu, na pojedynczym siedzeniu z widokami.


Trasa świetna, po drodze mnóstwo wzgórz i lokalnych sprzedawców na poboczach. Docieram na miejsce i tłumy ludzi, trafiłem na jakieś święto. Samo Kandy to duża aglomeracja, dla mnie będzie to jedna noc, punkt przesiadkowy. Mam dużo czasu na zwiedzanie miasta, na początek tereny przyświątynne, ale wpierw muszę zostawić bagaż.


Tu po raz pierwszy okazuje się jak przewrotne są mapy google, czasem ciężko stwierdzić, gdzie jest jaka różnica wysokości. Teraz już wiem, że bliskie serpentyny oznaczają ostro pod górę, przy planowaniu noclegów jednak było mi to obce. Mój pokój znajduje się bowiem bardzo blisko dworca i centrum, ale jest jeden haczyk, blisko w linii prostej.

Trochę robót budowlanych, potem jeszcze raz schody i schodki, chyba trzeba się przyzwyczaić. Zostawiam co trzeba, podróżuje bowiem z plecakiem na plecach, który kwalifikuje się jako podręczny. Większy niż w tanich liniach, także sporo w nim mieszczę. Idę na miasto.

Nie mam pojęcia o co chodzi, można było kupić takie małe płaskie bukieciki ze świeżych kwiatów, z pewnością zostawiało je się w darze. Obszedłem wielki zbiornik wodny, w czasie spaceru poznaje zwierzęta tu żyjące. Nietoperze były naprawdę dziwne, widziałem je również ostatniego dnia pobytu wieczorem, ogromne, latały stadami jak nasze ptaki, te tutaj tylko spały.


Nie będę ukrywał, że tych gadów się trochę bałem, nie zbliżałem się za bardzo, nigdy nie wiadomo co im przyjdzie do głowy, gdy napotkają białego turystę. Ruszyłem na lokalne wzgórze ze świątynią. Przy wejściu zakupiłem pachnące kadzidełka, zapach mnie skusił, lotos jest tu bardzo popularny.



Widok zza ucha to nie mój pomysł, ktoś, gdzieś, kiedyś, wspominał o tym kadrze, jeżeli odwiedzicie to miejsce, skorzystałem. Na kolejnym zdjęciu jeżeli się lepiej przyjrzeć, można znaleźć latawiec.


Opłacił się wysiłek przy wchodzeniu, można zjeść śniadanie i przy okazji podziwiać panoramę miasta. Musicie mi uwierzyć, widok zza okna jest świetny, słowo 'imponujący’ zostawię sobie na kolejny przystanek 🙂 Wyruszam na dworzec, czas złapać pociąg do miasteczka 'Ella’. Będzie to mój drugi etap podróży.

Słynna trasa widokowa, to nie lada gratka dla miłośników instagramowych ujęć, możecie w sieci znaleźć wiele zdjęć osób wychylających się z otwartych drzwi pociągu na tle pól herbacianych. Jest jednak jeden szkopuł. Tani bilet i specyfika połączenia, sprawia że jest tłoczno. Podróżuje bowiem tu wiele lokalnych ludzi, turyści to mniejszość. Można kupić bilet w kilku klasach, ale ciężko się w tym rozeznać, czytałem naprawdę dużo. Wybrałem najtańszą opcję za małe parę złotych. Można było skorzystać z wagonu o zamkniętych oknach i ponoć drzwiach, dosyć dużo drożej, ale jest to miejscówka. Są też inne kategorie klasy biletu, ale do kupienia wcześniej na miejscu. Ciężki temat i pewnie co podróż to inne opinie. Na moje nieszczęście trafiłem na wspomniane wcześniej święto, mój gospodarz proponował mi podwiezienie przez znajomego, na wcześniejszą stację przed przyjazdem pociągu, ale zaryzykowałem.

Osiem godzin stania, do pokonania zaledwie jakieś sto kilometrów, na początku ścisk taki, że trzeba się przepychać, po pierwszej większej stacji już lepiej, ale nadal należy pamiętać o pilnowaniu swojej strefy stania, bo ktoś może cię przesunąć. Nigdy więcej. O zrobieniu zdjęć w trasie nawet nie chciałem myśleć. Widoki były, ale nie dla mnie. Polecam ten droższy wagon, zwłaszcza że w komentarzach na grupach facebookowych ludzie pisali, że jednak drzwi i tam są otwarte, co pozwala na wykonanie upragnionych fotografii. Tu nawet nie miałem jak się przepchać. Generalnie pociąg wyrusza wcześnie rano ze stolicy wyspy, a w Kandy ma główny przystanek na doładowanie podróżnych, także w tym można upatrywać szansę na zajęcie dobrego miejsca.

Jechały całe rodziny, dobrze przygotowani, posiłki zawinięte w gazetę, jakiś ryż z jajkiem i przyprawami, bardzo tu popularne, jadane rękami. Nawet potem próbowałem tego sposobu przyjmowania posiłku. Ponoć jest to bardzo zdrowe, gdyż porcje podawane są mniejsze, ale również nasz mózg odbiera sygnały zmysłowe z rąk, poprzez które jedzenie wędruje do ust i wtedy wydaje się ono smaczniejsze. Coś w tym jest, serio, spróbujcie gdy kolejnym razem będziecie spożywali ryż z warzywami 🙂


Tak więc jestem w Ella. Miejscowość w górach, jest tu trochę wilgotniej, środek wyspy, inna wysokość. Po męczącej podróży czeka mnie jeszcze bardziej wymagająca wspinaczka, do mojego lokum na ten czas. Kolejny raz nabrałem się na dystans na mapie, lecz tutaj booking na dodatek źle oznaczył miejsce pobytu, było kawałek dalej niż zakładałem. Mógł to zrobić też właściciel, mniejsza z tym, szybko mu wybaczyłem. W takiej lokalizacji jeszcze nie byłem.



Co to było za słowo które chciałem zachować na tę chwilę? Nieważne, są inne. Fenomenalny, zjawiskowy, no po prostu poezja. W dodatku te wschody słońca, dwa razy zrywałem się wcześnie aby je uwiecznić i podziwiać. Warto było się pomęczyć, w zasadzie w kolejnych dniach jakoś było już łatwiej, nawet dojeżdżały tu riksze, więc zostawały do pokonania tylko schody. Chcecie namiar to miejsce, walcie śmiało.



Po zachwytach i prysznicu ruszam na miasto, co nieco zjeść i się porozglądać. Jest tu jedna, główna, obficie obwarowana budynkami użyteczności wszelakiej ulica. Mnóstwo barów, lokali z jedzeniem, małych sklepów, podoba mi się czasem taki zgiełk. Trafiam w końcu, ale to już poza ścisłym centrum, bliżej mojego miejsca wypoczynku, na malutką restauracyjkę. Nie do końca można ją tak nazwać, gdyż to taka otwarta kuchnia, gdzie można samemu przyrządzać posiłek, taka szkoła gotowania. Ja tylko patrzyłem, jacyś inni turyści bawili się w krojenie, poczekałem na rezultat 🙂


Warunki spartańskie, ale o to właśnie w tym chodzi. A curry takie jak wszędzie, czyli bardzo dobre. W zasadzie to jeszcze o tym nie wspominałem. Chyba to dobry na to czas. Curry, nie mylić z przyprawą, to sztandarowe danie kuchni lankijskiej, jak i pewnie innych ludów Azji. Jest to porcja ryżu z przystawkami, podawanymi na małych talerzykach. Zamawiałem praktycznie zawsze wegetariańskie, raz poprosiłem o mięsne w sosie pieprzowym, lokal miał dobre opinie, ale wyszło słabo, a samo mięso było słabe, z chrząstkami, to potwierdziło wyczytane wcześniej opinie o kuchni na Sri Lance. Tak więc właśnie zostałem wegetarianinem na kolejne dni pobytu. Bardzo smakował mi 'pol sambol’, coś w rodzaju pasty z kokosa, cebuli szalotki i papryczek chili. Z innych dodatków różnego rodzaju strączkowe, pieczone warzywa w sosach. Lubiłem też dhal (papka z soczewicy) z podpłomykiem, próbowałem 'kottu’, nie będę już opisywał co to jest. Wyszukiwarka stoi przed wami otworem. Ja natomiast zgłodniałem pisząc to i chyba poszukam w Warszawie jakiejś restauracji serwującej te posiłki, aby sobie nieco odświeżyć pamięć.


Zostańmy w tematyce kulinarnej. Będąc na Barbadosie rzadko piłem świeżego kokosa, cena była wysoka i wcale nie łatwo było znaleźć stoisko z nim. Tu całkowite przeciwieństwo, wszędzie stragany, cena śmieszna. Można powiedzieć, że moja dieta podczas tej wyprawy, to rice and curry and coconut water. Opiłem się chyba za całe życie, praktycznie każdy się tym trudnił, nawet w sklepach o całkiem innym profilu, za ladą można było znaleźć orzechy gotowe do przycięcia i spożycia przez słomkę, oczywiście plastikową, co w tych czasach wcale nie jest takie pewne. Nawet tu w środku lasu, po drodze na zabytkowy most. Ludzi przechodzących nie spotkałem, ale jakoś trafiłem.


Spóźniłem się jakąś minutę, nie wiedziałem właściwie, że są konkretne godziny przejazdu pociągu i gdybym poszedł prosto drogą asfaltową, może bym zdążył. Cóż, teraz mogę tylko się przespacerować, choć to właśnie też jest częścią tej atrakcji. 'Nine arches bridge’ to cel wielu turystów, można łatwo się tu dostać pieszo. W okolicy jest też malowniczo położona plantacja herbaty, ja swoją zakupiłem bliżej miasta, kolejnego dnia.


Teraz natomiast kieruje się na 'Little Adam’s peak’, wzgórze z ładną trasą prowadzącą na szczyt. Tu też jest tłoczno, parę małych stoisk z pamiątkami, wodą i kokosami. Są dwa punkty widokowe, przejście z pierwszego na kolejny nie jest łatwe, jest stromo i kamieniście. Ja podejmuje wyzwanie.


Wracając po drodze dosyć dużo atrakcji, jest tu ładny pensjonat z restauracją, można znaleźć też ścianę wspinaczkową z pełną infrastrukturą i huśtawkę do zdjęć. Tego dnia mam więcej wolnego czasu, więc na spokojnie zwiedzam okolice. W zasadzie z miasta można dojść wszędzie pieszo i to nawet szybko, są też bardziej wymagające trasy ale kawałek dalej.


Małpy są wszędzie. Miejscowi traktują je jednak bardziej jako szkodniki które są odganiane, tak było w mieście, gdzie łatwo wdarły by się na taras i zabrały mi śniadanie. W rejonach bardziej liściastych mają mnóstwo pożywienia. Czasem trzeba uważać chodząc pod wielkimi drzewami, czy z góry nie spadnie nam na głowę jakiś bardzo duży owoc.

Czas pożegnać się z Ella, tu również spędziłbym więcej czasu, ale plan jest nieubłagany. Właściwie widziałem parę osób, a także wcześniej słyszałem wiele opinii, że na Sri Lance nie warto rezerwować noclegów, wszystko natomiast można organizować z dnia na dzień, tak wiele jest tu miejsc dla turystów. Jest to całkiem dobry pomysł jeżeli nasza podróż trwa te ponad paręnaście dni, myślę że bym na to poszedł. Na pożegnanie jeszcze jedno ujęcie z balkonu.

Do tej pory doświadczenia z autobusami miałem pozytywne, teraz jednak jest nieco gorzej, będę stał. Co prawda to tylko jakieś 3 godzinki, więc nie jest źle, w połowie trasy jest nawet mała przesiadka, zmiana środka transportu. Tu przekonuje się, że słynna gościnność Lankijczyków jest trochę przereklamowana, owszem są to mili ludzie, w porównaniu do innych nacji to widać, ale podczas zmiany autokaru na inny pchali się niemiłosiernie. Pewna turystka z dwójką dzieci zajęła w końcu miejsce siedzące, ale jakaś tutejsza kobieta chciała ją stamtąd perfidnie wycyckać, bo to niby jej miejsce, a wiem że tak nie było… Więc bywa różnie.

Ostatni akt trylogii to Mirissa, miejscowość położona nad oceanem, południowo-zachodnie wybrzeże wyspy, czas na plażowanie. Wysiadłem z autobusu dokładnie wprost mojego noclegu, dosłownie parę kroków, cóż za koincydencja 🙂 Pokój w domku przy samej linii brzegowej, rewelacja, standard jednak słaby i wiele przedstawicieli lokalnej flory. Dałem sobie z tym radę, cena czyni cuda, nie będę narzekał.

Po wyjściu za płotek żwirowa dróżka która łączy dwie plaże, podczas tej wyprawy mam szczęście co do noclegów, mimo że do niektórych ciężko było się dostać 🙂 Wioska od strony ulicy nie zachęca do przechadzek, ale jest parę lokali z tanim jedzeniem, a wodę z kokosa mam u sąsiadów.




Od strony oceanu, znajduję się między dwoma punktami widokowymi, od wschodu cypel z czerwonej gleby, 'Coconut Tree Hill’, stąd można podziwiać zachody słońca, cała zatoka na wyciągnięcie ręki.

Również wygląda niesamowicie podczas powitania naszej jedynej gwiazdy w układzie słonecznym. Analogicznie w drugą stronę, gdy wychodzę z domku w prawo, w stronę zachodnią, napotykam skalisty cypel 'Parrot Rock’, który wygląda spektakularnie o każdej porze dnia i z niego jest świetny widok o poranku, jak wyżej.


Na tej skałce często przesiadywałem, podczas przypływu woda moczyła kostki, ale późnym wieczorem można było przejść suchą stopą. Obie plaże dookoła są dosyć oblegane przez turystów, ale dla każdego jest mnóstwo przestrzeni, czułem się tam bardzo dobrze. Bez większej obawy zostawiałem swoje rzeczy na plaży podczas kąpieli.


Po zachodzie słońca na plaży tętni życie, jest szeroko, choć im bliżej północy, tym przypływ zabiera więcej piasku, woda dochodzi wtedy do stolików niektórych restauracji, których jest tu mnóstwo.



Bardzo fajnie się tu wtedy spaceruje, widać dużo gwiazd, jest spokojnie gdy chcemy znaleźć bardziej ustronny kawałek. Jest tu również takie miejsce, w którym wykluwają się żółwie. Myślę że osoby opiekujące się tym wydarzeniem dokładnie wiedzą kiedy to nastąpi, gdyż jednej nocy byli, kolejnej już nie. A może to kwestia konkretnych godzin? W każdym razie pilnowali oni, aby nikt nie wchodził na nie gdy wędrują w stronę oceanu po wydostaniu się z jaj. Dochodzi tu również kwestia finansowa, bo to ciekawe wydarzenie i doświadczenie, dzięki któremu turyści zostawią tu pieniądze, które pójdą na słuszny cel, ochrony wędrujących żółwiątek, tak optymistycznie myślę.


Mam dwa pełne dni, więc jeden przeznaczam na wycieczkę do Galle. Jest to większe miasto w okolicy, ze starym fortem. Tu po wybrzeżu co chwilę kursują autobusy, przejazd za grosze, dosłownie, i gdy jeden jest przepełniony, można poczekać chwilę na kolejny.


Trochę pospacerowałem, było wiele szkolnych wycieczek, ale w sumie nic specjalnego. Ciekawiej jest gdy uliczkami ruszymy przez miasto, najpierw stare, potem mamy już typowo handlowy widok.



Pieszo po małych zakupach ruszam w stronę ukrytej plaży 'Jungle Beach’. Po drodze dużo stoisk rybnych, trafiłem również na wyciąganie sieci.


Dotarcie lądem do plaży zajmuję mi chwilę, trzeba przejść już za miastem na zalesione tereny, potem skierować się przez las. Plaża taka sobie, fajne były dalej zarośla, przedarłem się przez nie w kierunku 'Unawatuna Beach’. Po drodze jeszcze zbłądziłem w okolicach kompleksu świątyń. Jako że jest stąd bardzo blisko do głównej drogi, mogę wracać kiedy chcę.


Kolejny dzień spędziłem na małym trekingu, mój cel to okolice Mirissy i ”Secret Beach’. Również nieco trzeba pokombinować aby się tu dostać, ale mapa jest pomocna. Moim oczom ukazuje się bardzo kameralna plaża. Składa się z wielu małych zatoczek, urokliwych ale również kamienistych.


Powoli kończy się mój czas tutaj. Zachody słońca były niesamowite, dużo malowniczych chmur, szerokie kadry, w oceanie fajne fale. Popołudnie to już rzucanie się z mini deską na fale, parę razy nawet mi się udało, ale woda nieźle mnie poturbowała, raz na jakiś czas szły naprawdę wysokie masy wody, piętrzące się przy brzegach. Kolejny wieczór wizualnie nie rozczarowuje.


Mirissa to świetna miejscówka, ładne plaże, ciekawe okolice, transport funkcjonuje tu znakomicie. Na wspomnienie zasługuje jeszcze czarny piasek na jednej z lokalizacji, nie wiem czego to jest skutek, może drobnych muszelek pokruszonych przez fale, a może coś sztucznego, cywilizacyjnego. Wygląda to spoko.



Mój ostatni cel to Colombo, stolica kraju. Wspominałem wcześniej o wygodnym transporcie, właśnie przyszedł na niego czas. Podjechałem do większego miasta w okolicy, mój gospodarz mi to dokładnie wytłumaczył, potem poszukałem już właściwego autokaru na trasy dalekobieżne. Pieniądze adekwatne do jakości, ale wybitnie NIE wygórowane. Dwie-trzy godzinki i docieram do miasta, nie będę tu nic robił, prócz szukania dalszego autobusu do Negombo.



Jest to mała miejscowość przy lotnisku, dojdę do niego pieszo z rana, bo wylot jest o wczesnej godzinie. Tu już dowozi mnie najzwyklejszy miejski transport, mapy googla na komunikację dobrze tu działają i można w prosty sposób szukać kierunku nam pasującego. Jeszcze jeden wieczór, na spokojnie spacer po mało urokliwej ulicy i kolacja, tym razem coś śmieciowego ze sklepu.


Podsumowań czas, właściwie to już wszystko powiedziałem. Było naprawdę fajnie, moja pierwsza objazdowa wyprawa, zwiedziłem naprawdę dużo, wydałem mało. Jakie było moje zdziwienie gdy po powrocie policzyłem wydaną walutę, loty i noclegi. Wyszło śmieszne 3 600 zł za całość, ze wszystkim!
Ludzie są tu mili, jest bezpiecznie, nikt specjalnie nie nagabuje, nie męczy o kupowanie od niego czegokolwiek. A to właśnie będzie zmorą w mojej kolejnej podróży…

29.09.2024